niedziela, 24 września 2017

USA: New York City

Z zagospodarowaniem 39 dni jakie zostały mi po przejściu Appalachian Trail nie miałam problemu. Po wszystkich górach, lasach i jeziorach postanowiłam ostatnie trzy dni w Stanach przeznaczyć na zwiedzanie Nowego Jorku. Stamtąd miałam lot do Polski, tam też czekało miejsce do spania w domu znajomych moich rodziców, z którymi odnowiliśmy kontakt po wielu latach.
 
Do autobusu z Nowym Jorkiem na wyświetlaczu wsiadłam w Lake Placid, gdzie kończył się szlak Northville-Placid, a potem przesiadłam się w Albany, mieście które za czasów Coopera pełniło rolę głównego ośrodka cywilizacji w środku północnoamerykańskiej puszczy.
 
W Nowym Jorku zjawiłam się wieczorem. Był sobotni wieczór i na ulicach panował chaos. Nikt na mnie nie patrzył, mimo że miałam na sobie pomarańczową piżamę, dziurawe buty, a na plecach plecak z przytroczonymi kijkami trekkingowymi. Anonimowość ma swoje zalety! Jak mówił bohater Arizona Dream Emira Kusturicy, Nowy Jork to jedyne miejsce, w którym ty widzisz wszystkich, ale ciebie nie widzi nikt.
 
 
 

 
 
Z dworca autobusowego przeszłam do dworca kolejowego Grand Central Terminal, gdzie zaczęła się cała moja przygoda. Wydawało mi się, że zaledwie przed chwilą patrzyłam na rozgwieżdżony sufit i amerykańską flagę nad wejściem, wciągając w płuca zapach nadciągającej przygody. A było to przecież 5 miesięcy temu!
 
 
 
 
Następnego ranka wróciłam do centrum miejską kolejką (moje lokum było oddalone od Manhattanu o ponad pół godziny drogi) i ruszyłam w znajomym kierunku, na północ, zmierzając Piątą Aleją w kierunku Central Parku i Metropolitan Museum of Art. Dzień nadawał się tylko do zwiedzania muzeum, gdyż właśnie nadciągnęły z Teksasu resztki cyklonu i potwornie lało.
 
Po drodze zajrzałam do zabytkowego kościoła, bodajże świętego Pawła, i przypadkiem natknęłam się na wieżowiec Trumpa. Szłam sobie chodnikiem kryjąc twarz pod kapturem kurtki, a spojrzałam w górę, dziwiąc się czemu naraz tylu ludzi fotografuje coś w przestworzach.
 
 
 
 
Central Park zostawiłam sobie na wieczór i weszłam do monumentalnego muzeum. MET jest bardzo przyjaznym miejscem dla zwiedzających - istnieje możliwość opłaty za bilet "co łaska", z której skwapliwie skorzystałam :-)
 
Jak zwykle spędziłam zbyt wiele czasu w starożytnościach, a potem w wielkim pędzie przelatywałam przez malarstwo. Najwięcej miejsca zajmowała starożytna Grecja i Egipt. Nie mogłam się nadziwić jakim cudem jest możliwe, że wywiezione zostały aż takie ilości eksponatów. Egipcjanom pozostawiono tylko piramidy, bo były zbyt ciężkie do transportu i nikt nawet się nie zająknie o zwrocie tych wszystkich skarbów!
 
 
 
 

Wydaje mi się, że takich cudów nie mają nawet w Luwrze, choć moja ostatnia wizyta w Luwrze to mgliste wspomnienie sprzed ponad 20 lat.
 
  
 
 
Ze starożytnego Rzymu najbardziej podobały mi się rekonstrukcje pokoi z malowidłami i mozaiki. 
 
 
 
Wspaniała była kolekcja sztuki afrykańskiej, a ilość posągów Buddy i bóstw hinduistycznych w dziale azjatyckim zwalała z nóg. Na pięterku ukryte były skarby Tybetu.
 
 
 
 

  
 
Na tym tle szczególnie dziwi stosunkowo skromna kolekcja sztuki rdzennych mieszkańców Ameryki. Nie dotyczy to jednak Ameryki Środkowej i Południowej, przypuszczam że odgrywa tutaj rolę spora zawartość złota...
 
 
 

 
 
Znaczną część drugiego piętra zajmowało malarstwo (resztę francuskie meble i sztuka sakralna). Chciałam głównie zerknąć na Vermeera, poza tym udało mi się wyłowić z gąszczu pospolitszych bohomazów kilka Gaugainów, Durera czy Memlinga. Moje największe zdumienie wzbudziła ogromna kolekcja witraży z europejskich kościołów, z Niemiec, Francji i Anglii. Wyglądało mi to na wojenne łupy.
 
 
 
 
Po wyjściu z muzeum poszłam odetchnąć namiastką świeżego powietrza w Central Parku. Właśnie się rozpogodziło, więc z przyjemnością przeszłam się alejkami wtłaczając z powrotem krew do nóg zmęczonych snuciem się po muzealnych parkietach.
 
 
 
Wróciłam na dworzec naturalnie na własnych nogach, wychodząc z założenia, że skoro przeszłam już tego lata 4000 km to równie dobrze mogę dokonać trawersu NYC. Moje obuwie prezentowało się niezwykle ekstrawagancko... ;-)
 
  
  
Drugiego dnia pobytu w wielkim mieście skierowałam się na południe. Wpadłam do sklepu outdoorowego sieci REI, gdzie zaopatrzyłam się w kilka rzeczy, ale rozczarowała mnie mizerna oferta odzieży. Potem kontynuowałam Broadwayem aż do morza. Tam znajdowało się kolejne muzeum które pragnęłam zwiedzić: National Museum of the American Indian. W Waszyngtonie znajduje się drugie, bliźniacze muzeum eksponujące historię i sztukę Indian. Jest ono, zdaje się, większe. Wstęp jest bezpłatny.
 
 

Budynek muzeum zajmuje też archiwum miejskie i z tego powodu przy wejściu jest kontrola jak na lotnisku. Nie ma też szatni, ale użyłam swojego uroku osobistego i mogłam w tajemnicy umieścić torbę z nowymi butami pod biurkiem pani z informacji :-). Sam budynek jest bardzo ładny, a jego największą atrakcją jest szklana kopuła. Dawniej mieścił się w nim urząd celny.
 


 
Tutaj zbiory też były skromne, ale widać starania w kierunku rozbudowy ekspozycji. Była ciekawa wystawa ceramiki, dział współczesnych projektantów mody, a przede wszystkim zbiory rękodzieła wykonanego przez Indian z obu Ameryk: od Amazonii po Alaskę.
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 

Zwiedziwszy muzeum udałam się na pobliski bulwar, skąd można było dostrzec położoną na wyspie Liberty Island Statuę Wolności. Widok na miasto był też całkiem ładny. Prawie jak w Gdyni :-) 
 
 
 
 
W drodze powrotnej moją uwagę zwrócił jeszcze taki budynek banku.
 
 
A to już mój przytulny nowojorski kącik na strychu.
 
 
Trzeci dzień był dniem pakowania. Musiałam się bardzo postarać żeby wcisnąć wszystkie swoje rzeczy do plecaka i małej torby, a plecak wraz z resztą rzeczy później do wielkiej torby. Innowacją w stosunku do zeszłego roku było użycie taniej chińskiej 120-litrowej torby zamiast walizki na kółkach. Jeszcze mi się nie zdarzyło żeby bagaż powrotny ważył mniej niż dwa razy tyle co początkowy :-)
 
W drodze na lotnisko rzuciłam jeszcze okiem na wieżowiec Chryslera z 1930 roku, bardzo ładne art deco.
 
 

 
 
Ponieważ lot miałam dopiero o północy przysiadłam jeszcze pod biblioteką publiczną w małym parku i wciągnęłam po raz ostatni swój ulubiony jogurt.
 
 
 
Na lotnisko udałam się metrem i lotniskowym pociągiem. Popełniłam błąd wszystkich nowicjuszy i wsiadłszy do ekspresowego metra przejechałam swoją stację, ale ponieważ miałam mnóstwo czasu mogłam się spokojnie wrócić. Potem już bez przygód dotarłam na lotnisko, gdzie odsiedziałam swoje czekając na opóźniony samolot. Lot do Europy przespałam, W Kopenhadze na zmianę czytałam i znów drzemałam i tak doczekałam się spóźnionego, a jakże, samolotu do Krakowa.
 
 
 

Miałam jeszcze nowojorski prowiant :-) 
 
 
 
Spędziwszy noc w Krakowie wsiadłam w autobus i pojechałam do Cieszyna, gdzie czekała na mnie rodzina, gratulacje i takie oto ciasto orzechowe z polewą cytrynową. Pół zniknęło zanim zabrałam się do zdjęć :-)