poniedziałek, 21 maja 2018

Continental Divide Trail: Grants - Cuba (New Mexico)

Grants opuscilam dopiero po poludniu, bylo okropnie goraco, a wedrowka odbywala sie naturalnie asfaltem. Zastanawialam sie dlaczego tak nagle postawili zakaz zabierania autostopowiczow, tajemnica sie zaraz wyjasnila - po drodze bylo wiezienie :-)



Po kilku milach szlak wreszcie znow stal sie sciezka i wyprowadzil mnie na szczyt mesy - gory stolowej jakich tutaj wiele. Ostatnie spojrzenie na Grants w dolinie, a przede mna Mt Taylor, szczyt o wysokosci ponad 3000 m n.p.m.. To wlasnie Mt Taylor chcialam miec w tle na zdjeciu z 400 mila, choc de facto wypadala ona jeszcze w Grants.





Biwaki wciaz wygladaja tak samo... Namiot na skrawku golej gleby - bez kaktusow - w otoczeniu sosen.


CDT omija szczyt Mt Taylor ze wzgledu na to, ze jest to miejsce sweite dla tutejszych Indian Acoma. Mozna sie wspiac na gore krotszym szlakiem alternatywnym, ja jednak trzymalam sie oficjalnego przebiegu. Po drodze bylo jedno zrodlo, a caly dzien wedrowalam w cieniu przez las. Byl to jedyny jak dotad dzien, w ktorym nie zalozylam okularow przeciwslonecznych. W dolinkach rosly zielone topole, bylo nieco chlodniej.







Brak wody na tym etapie byl dosc uciazliwy - ze zrodla zabralam az 6 litrow, ktore przygniotlo mnie do ziemi...



Choc tak tam bylo sucho w piachu rosly bladofioletowe irysy. Byly niemal pozbawione zapachu, a moze to moj nos juz nic nie czuje...



Pod wieczor niespodziewanie trafilam na Trail Magic - duza rodzina z camperami rozbila sie nieopodal szlaku i zapraszala zmeczonych wedrowcow. Nie bylo wiec jednak klopotu z woda. Jeden hiker na skutek wyczerpania zostal nastepnego dnia ewakuowany ze szlaku...



Kolejne mile nudnej drogi  gruntowej doprowadzily do uroczego zakatka - zrodla Ojo de los Indios polozonego w glebokim kanionie. Trzeba bylo nadlozyc pol mili, ale bylo bardzo przyjemnie tam posiedziec w otoczeniu zieleni. Kanion przypominal mi Finlandie.








Ta roslina wyglada jak dziki agrest.




Znalazlam takie pioro - moze z indyka?


Dlugo nie bylo zadnych widokow, nastepny etap mial to jednak wynagrodzic. Z urwiska widac bylo cala wielka polac, ktora szlak mial przetrawersowac. Z gory wydawala sie nudna i nijaka, ale jak sie okazalo nastepnego dnia wcale tak nie bylo.





Biwakowalam na kawalku wypalonego lasu.




Na zejsciu w doline pierwsza jaszczurka - nie ostatnia!




Szlak prowadzil piekna sciezka i kluczyl po kanionach, zapadliskach i labiryntach wsrod skalnych ostancow.






Ta jaszczurka byla bardzo towarzyska i wcale nie uciekala :-) Czyzby to byl gekon?







Zrobilo sie bardzo upalnie, wiatr ustal, wiec szukalam schronienia pod drzewami i gapilam sie na chmury. Chmury to piekny widok na pustyni...










Ten bardzo suchy odcinek mial 28 mil, gdzies w polowie jednak mial byc depozyt z woda prowadzony przez mieszkajaca w poblizu rodzine. Jednak z depozytami nigdy nie wiadomo i oszczedzalam wode. Przypomnialo mi sie jak w "W pustyni i w puszczy" Nel blagalnym szeptem mowi "Stasiu... wody...". No ale depozyt byl :-) W lodowce byl tez napoj kowowy, ktorego wypilam caly litr, w zwiazku z czym maszerowalam az do zachodu slonca, chcac rozbic sie na przeleczy.




Nie byl to najlepszy pomysl, bo noca mocno wialo i sciany namiotu lopotaly na wietrze. Ale za to mialam upragniony widok - nie chodzi o jego urode, a o to co na horyzoncie: Gory Skaliste! Widzialam je juz poprzedniego dnia, dlugi grzbiet gorski, nad ktorym pietrzyly sie klebiaste chmury. Wreszcie! Widok ten zwiastuje rychly koniec pustyni.


Tym razem pospieszylam sie z 500-ka, miala ona nastapic dopiero po poludniu, ale jakos spodobal mi sie ten widok i myslalam, ze nie bedzie lepszego (bylam w bledzie) - no niewazne :-)


Szlak prowadzil potem po skalach, czesto gladkich, prawie jak w polnocnych Appalachach, pomiedzy zerodowanymi skalami osadowymi, pelnych dziur i malowniczych zaglebien.




Kolejne zrodlo znajowalo sie pod klifem, zamieszkanym przez jaskolki.



Stromy trawers wyprowadzil mnie na ostatni grzbiet, zejscie z niego bylo juz lagodne. Widoki fenomenalne!




Na koniec dnia jeszcze kilka mil asfaltu. Chlopak idacy rownolegle zadzwonil po samochod, a ja oczywiscie podziekowalam i poszlam pieszo do Cuby. Nakupilam owocow i dopelzlam do hostelu, znajdujacego sie na polnocmym krancu miasta. Tam zaleglam na noc - najpierw w wannie, potem w lozku :-)



Oto wlasciciel tego przybytku :-)


A teraz czas ruszyc w dalsza droge... Przede mna ostatni etap Nowego Meksyku i Gory Skaliste! Nie moge sie doczekac Colorado :-)