czwartek, 9 listopada 2017

Test: Kurtka Montane Women's Minimus Jacket

Kurtka przeciwdeszczowa to jeden z kluczowych elementów ekwipunku długodystansowca. Niewiele jest kurtek naprawdę wodoodpornych , te zaś to zawsze 3-warstwowe, ciężkie laminaty (skąd inąd świetny Gore-Tex Pro Shell), nie nadające się na długie dystanse z powodu wysokiej wagi. Po Te Araroa było dla mnie jasne, że na następną wyprawę nie zabiorę ciężkiego Gere-Texu - Nowa Zelandia nauczyła mnie większej tolerancji w zakresie przemoczenia i tego, że naprawdę każdy gram się liczy.
 
Stąd wynikło założenie, że nie jest ważne czy będę sucha, ważne żebym nie marzła i żeby kurtka, która powinna większość czasu spędzić w plecaku nie była ciężka.
 
Nie chciałam wydawać dużej sumy na kurtkę z Gore-Tex Paclite, o którym z doświadczenia wiedziałam już, że szybko przemaka. Postanowiłam więc dać szansę innej membranie: Pertex Shield+. Było z góry wiadomo, że kurtka Montane Minimus nie słynie z wodoodporności i nie da mi 100% ochrony przed deszczem, ale nie liczyłam na to. Miałam nadzieję, że będzie chronić przed drobnym deszczem, a w czasie większych opadów będzie przemakać częściowo.

Oto szczegóły:
 
100% nylon z membraną Pertex Shield+ o parametrze wodoodporności 20 000 mm i oddychalności 25 000 g/m2
 
Wszystkie szwy podklejone
 
Kaptur z daszkiem, regulowany, kompatybilny z kaskiem
 
Bryzgoszczelny zamek YKK o pełnej długości
 
Kieszeń na piersi
 
Odblaski na rękawach i z tyłu na dole kurtki
 
Waga w rozmiarze S 164 g (158 g po usunięciu gumosznurka na dole kurtki)
 
W komplecie worek kompresyjny z siatki
 
 
 
 
Użytkowanie
 
Kurtkę Montane Minimus zakupiłam specjalnie na przejście Appalachian Trail. Towarzyszyła mi w USA przez cały wiosenny i letni sezon - od końca marca do końca lipca na Appalachian Trail, w sierpniu na szlakach Long Trail i Northville-Placid Trail - w sumie przeszłam z nią ponad 4000 km. Lato tego roku było za oceanem bardzo deszczowe i kurtka była używana bardzo często (na 122 dni wędrówki Appalachian Trail przypadło 67 dni z deszczem). Po powrocie do Polski miałam ją także na kilku krótszych wycieczkach.
 
 
 
 
Budowa

Wybrałam rozmiar S, który jest na mnie dość obszerny (miałam zamiar zakładać ją na kurtkę puchową, co okazało się niemożliwe ze względu na szybkie przemakanie).
 
Kurtka nie krępuje ruchów, rękawy są dobrze skrojone, kurtka się nie podnosi przy uniesieniu rąk. Tył jest lekko przedłużony, ale całość nie jest zbyt długa.
 
Kaptur jest jednym z elementów, które są w tej kurtce udane. Świetnie się go reguluje gumosznurkami ze stoperami - są po obu stronach twarzy i z tyłu głowy. Nigdy mi go nie zwiało. Jeśli potrzebowałam więcej wentylacji poluzowywałam go. Daszek mógłby być dłuższy, ale jest ok. Jest usztywniony dodatkowo drutem, który można wyginać, ten patent działa bardzo dobrze. Kaptur jest wystarczająco obszerny żeby pomieścić moje włosy związane z tyłu (co nie w każdym kapturze jest możliwe), powinien więc też pomieścić kask, ale nie sprawdzałam.
 
 
 
 
Minimus posiada też dość wysoką gardę, która bardzo przydaje się przy gwałtownych opadach i zimnej pogodzie.
 
 
 
Rękawy mają na dole rzepy, którymi można je ściągnąć. Rzepy były miękkie, ale odpowiednio czepliwe, nie zaciągały nitek w innych ubraniach.
 
 
Kurtka miała na dole gumosznurek ze stoperami, który na wstępie dodawał 6 g. Jeszcze nigdy w żadnej kurtce nie użyłam takiego gumosznurka, więc od raz go wyciągnęłam. Nigdy nie żałowałam - kurtki trekkingowej wiatr nie podwiewa, ponieważ przytrzymuje ją na miejscu pas biodrowy plecaka.
 
Bryzgoszczelny zamek błyskawiczny jest jedynym wodoodpornym elementem kurtki, nie zacinał się, działał doskonale.
 
Z niezrozumiałych dla mnie względów kieszeń na piersi nie posiada zamka bryzgoszczelnego, ale zwykły z patką. Zamek ten notorycznie się wcinał i nie pozwalał na wygodne użytkowanie kieszeni, w której zwykle trzymam aparat fotograficzny w czasie deszczu. Kieszeń jest mała, ale wystarczająca, mieści wspomniany aparat, czapkę, rękawiczki itp. (tylko jedną z tych rzeczy na raz).
 
 
Kurtka posiada tasiemkę do wieszania wszytą po zewnętrznej stronie zszycia kaptura i korpusu.
 
 
W komplecie był też siateczkowy worek kompresyjny, który uznałam za zbędny (kurtkę trzymam w zewnętrznej siateczkowej kieszeni plecaka) i rzuciłam na dno szafy.
 
Kupując kurtkę myślałam, że kupuję pomarańczową. Kolor "alpenglow" ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu okazał się bardziej różowy niż pomarańczowy (nie do końca widać to na zdjęciach).
 
 
Wodoodporność i odporność na wiatr
 
Producent zastrzega, że kurtka nadaje się tylko do używania w przypadku przelotnego deszczu lub jako kurtka awaryjna.
 
Liczyłam, że przynajmniej przez jakiś czas kurtka będzie całkowicie lub chociaż względnie odporna na deszcz, jednak już przy pierwszym użyciu przemokła praktycznie w całości (fakt, że lało przez cały dzień bardzo intensywnie). Z czasem kurtka przemakała natychmiast, w pierwszej kolejności na ramionach i plecach, później już w całości.
 

Szwy są prawidłowo podklejone i przez nie woda nie przesiąka. To membrana przepuszcza wodę, nawet nie mając żadnych widocznych ubytków. Z czasem membrana się rozlaminowała (widać, że jest oddzielona od materiału). 
 
 
 
Tutaj widać, jak woda przesiąka przez materiał, choć było to tylko kilka kropel rosy.
 
 
 
DWR najdłużej utrzymał się na kapturze.
 
 
 





Oddychalność

 
Hardshell Montane oddycha doskonale. Nie miałam jeszcze żadnej tak dobrze oddychającej kurtki membranowej. Pomimo braku wywietrzników (dawno już przekonałam się, że w deszczu i tak nie można ich używać, bo woda leje się przez otwory) nie miałam większych problemów z wentylacją (z wyjątkiem parnej i ciepłej pogody, ale to oczywista sprawa). Na początku miałam ze sobą wiatrówkę, ale okazało się, że Minimus oddycha na tyle dobrze, że może ją zastąpić.
 
Wyszło wiec na to, że kurtka przeciwdeszczowa stała się moją wiatrówką. Wielokrotnie zakładałam ją chcąc ochronić się przed zimnym wiatrem, a także przed zimnem w ogóle.
 
 
 
Wytrzymałość
 
Materiał zewnętrzny kurtki jest bardzo wytrzymały, po całym intensywnym sezonie nie ma żadnych uszkodzeń.
 
Membrana jak już wspominałam uległa szybkiej degradacji tj. rozlaminowaniu i drobnym, niewidocznym uszkodzeniom. Widać to szczególnie w miejscach, w których materiał jest narażony na większe tarcie: na ramionach i plecach, gdzie ociera się o plecak.
 
 
 
 
Smrodliwość
 
Ponieważ DWR szybko zanikł woda z łatwością wsiąkała w materiał. Często nie miałam jak kurtki wysuszyć (w Pennsylvanii na przykład padało przez 12 dni z rzędu) i z czasem kurtka zaczęła wydzielać zapach stęchlizny. Wyprałam ją w sumie trzy razy - raz w połowie Appalachian Trail, drugi raz po zakończeniu przejścia i trzeci po powrocie do Polski. Pranie pomagało, ale na krótko i stęchły zapach powracał. Nie był to jedyny taki przypadek, innym wędrowcom kurtki, plecaki i namioty także zaczęły śmierdzieć zgnilizną.
 
 
Cena
 
Do zakupu Minimusa skłoniła mnie oprócz niskiej wagi stosunkowo niska cena, jeśli porównać jej cenę do cen kurtek z membraną Gore-Tex Paclite. Zważywszy jednak jakość produktu cena nie wydaje się już wcale niska. Obecnie wynosi ona około 135-160 euro. O ile wiem kurtka nie jest dostępna na polskim rynku.
 
Podsumowanie
 
Zalety:
- niska waga
- świetna oddychalność
- dobry kaptur


Wady:
- brak wodoodporności
- wcinający się zamek w kieszeni
 
 
Podsumowując: Montane Minimus nie polecam. Za zakupem przemawia jedynie waga kurtki, brak wodoodporności ją dyskwalifikuje. Krój, kaptur, są w porządku. Natomiast Pertex Shield+ okazał się nie spełniać swojego podstawowego zadania.  

 
 

czwartek, 2 listopada 2017

Niemcy: Schwarzwald, Freiburg i starożytni Rzymianie nad Renem

Z Annette i Lukašem, przyjaciółmi, których poznałam w Nowej Zelandii spotykamy się od czasu do czasu i robimy wycieczki krajoznawcze pokazując sobie nawzajem atrakcje regionów, w których mieszkamy. Byliśmy już na Morawach, musnęliśmy Beskid Śląski i okolice Ołomuńca , a teraz przyszedł czas na Niemcy: Freiburg z przyległościami oraz wędrówkę po Schwarzwaldzie.
 
Najtańszym środkiem transportu okazał się autokar z Pragi. Do Pragi dojechaliśmy z Lukašem wczesnym rankiem z Ołomuńca i w drogę! Przystanek końcowy autokaru znajdował się w Madrycie, co od razu rozbudziło naszą wyobraźnię. Krajobrazy widziane z autostrady były całkiem ok, pagórki czesko-niemieckiego pogranicza, kilka większych miast w Niemczech, a wieczorem już widzieliśmy Schwarzwald. Koleżanka odebrała nas z dworca i niedługo potem rozpoczęliśmy świętowanie moich urodzin :-)
 
 
 
 
  
 
 
Rano musieliśmy trochę odespać. Pierwszy dzień wycieczki miał być deszczowy, więc zostaliśmy na miejscu i zwiedzaliśmy Freiburg. Miasto nie jest bardzo duże, na oko wielkości Bielska-Białej. W czasie wojny zostało zbombardowane, ale centrum odbudowano. Po synagodze zostało tylko puste miejsce i pamiątkowa fontanna w kształcie fundamentu.

 
 
 
 
 
 
Jednym budynkiem jaki został oszczędzony przy bombardowaniu była gotycka katedra górująca nad miastem. Zostały nawet witraże (część można oglądać w muzeum, o tym za chwilę). Św. Jakub, pierwszy thru-hiker, zdawał się uśmiechać do nas pod nosem.
 
 
 
 
 
 

Uśmiechał się nie bez powodu. Przez Freiburg przechodzi wiele szlaków, głównie lokalnych, ale były też znaki Camino de Santiago. 
 
 
 
Żeby obejrzeć panoramę miasta wdrapaliśmy się na wzgórze z wieżą widokową. Okolice Freiburga to najcieplejszy region Niemiec, położony u stóp Schwarzwaldu, od Francji odgrodzony Renem, a od Szwajcarii Alpami. Na niewielkich pagórkach uprawia się winorośl, a zaraz za miastem zaczyna się las. Właśnie była pora na młode wino, ludzie pili je szklankami na ulicy, a my zakupiliśmy butelkę na wieczór.
 
 

 
 
 
  
 

 
  

Ciekawostką czekającą specjalnie na mnie był kamienny krokodyl wynurzający się ze strumyka, płynącego przez miasto. Wyglądał jak żywy! Nie był to ostatni krokodyl tego dnia... 
 

 

 
 


 
 
Były też takie milutkie szczury :-)
 
 
Następnego dnia, pomimo koszmarnej prognozy pogody (ale tylko na poranek, później miało się rozpogodzić), wyruszyliśmy w góry. Naszym pierwotnym planem było przejście szlaku Westweg, trawersującego cały masyw Schwarzwaldu, od Pforzheim po szwajcarską Bazyleę, o długości 280 km. Okazało się jednak, że możliwości urlopowe nam na taką eskapadę nie pozwolą, a do tego jeszcze pogoda wybitnie nie sprzyjała. Wrześniowe ochłodzenie przeciągnęło się na początek października, a towarzyszyły mu częste i obfite opady.
 
Wybraliśmy się więc na krótszą wycieczkę, planowo miała ona trwać trzy dni, skończyło się na dwóch. Wystarczyło żebyśmy się przekonali jak urocze są to góry i jak przyjemnie będzie tam kiedyś wrócić z długodystansowym nastawieniem.
 
Pociągiem dojechaliśmy od razu w góry, na najwyżej położony dworzec kolejowy w całych Niemczech: Feldberg-Bärental. Tam przesiedliśmy się w autobus, który dowiózł nas na szlak rozpoczynający się u podnóża Feldberg. Chłód przeniknął nad do kości, padał zimny deszcz.

 
 
 
 
 
Podejście na Feldberg (1493 m n.p.m.) było dość łagodne i szybko znaleźliśmy się na szczycie. Jeszcze szybciej z niego zeszliśmy...
 
 
 
 
We mgle nie było nic widać, było za to słychać brzęk dzwonków na szyjach pasących się krów. Brzmiało to bardzo alpejsko i egzotycznie. 

 
 
 
 
Szlak wiódł grzbietem, porośniętym ciemnym lasem świerkowym, przetykanym polanami. W końcu przestało padać i niebo zaczęło się przecierać ukazując od zachodu głęboką dolinę. Dalej było więcej polan, pastwisk pełnych żółknącej trawy. Widoki były coraz lepsze, zwłaszcza z najdłuższej na świecie drewnianej ławki.
 
 
  

 
 

 
   
 
W głębi lasu dominowała złota jesień, czerwieniły się buki. Kontynuowaliśmy wędrówkę klucząc wśród wzgórz, aż znaleźliśmy dogodne miejsce na lunch - pogrążoną w świerkowym cieniu wiatę, jakich bardzo wiele jest w Schwarzwaldzie. W wiatach nie wolno nocować, jednak to one miały stanowić naszą bazę noclegową. W pierwszej tylko coś przekąsiliśmy i ruszyliśmy dalej. 

  
 

 

 
W dolince, w którą zeszliśmy później był torfowiskowy rezerwat, dalej źródełko i jeszcze jedna wiata, tym razem podszyta wiatrem, z klepiskiem zamiast podłogi.
 
 
 
 
 
Z lasu wyszliśmy na pastwiska. Teraz wreszcie mogliśmy dostrzec rozleglejsze widoki. Uporządkowane, schludne płaty pastwisk przerywały ciągłość świerkowo-bukowego lasu, który może i latem jest ponury, teraz jednak, cieszył nasze oczy ciepłymi kolorami.
 
 
 
 
 
 
 
 
We mnie oczywiście wezbrała chęć powędrowania gdzieś dalej, w Alpy, do Włoch, na Cypr (Westweg jest częścią europejskiego długodystansowego szlaku E1), ale musiałam powściągnąć swoje zapędy.
 
  
 
 

 
 
 

Robiąc mnóstwo zdjęć zostawałam co chwilę w tyle, ale potem z łatwością doganiałam kompanię. Annette wzdychając wyrażała wdzięczność za dokumentację :-)
 
Nadchodził już powoli czas poszukiwania noclegu. Przeciąwszy asfaltową szosę odbiliśmy od głównego szlaku, bo spodziewaliśmy się wiaty. Domek znaleźliśmy, ale był zamknięty na wielką żelazną kłódkę. Ławki pod skąpym daszkiem były wilgotne i żadne z nas nie pałało chęcią spania w tym miejscu. Było jeszcze dość wcześnie, więc poszliśmy dalej. W punkcie widokowym ławki były dużo lepsze, ale chcieliśmy sprawdzić inną opcję.
 
 
 
 

Słońce zaczęło chylić się już ku zachodowi, a my strawersowaliśmy ciekawe gołoborze. Na przełęczy wreszcie znaleźliśmy wiatę, która miała zostać naszym domem na nadchodzącą noc.
 
 
 
 

 
 
 
Wiata była bardzo przyzwoita, dach szczelny, betonowa podłoga i ławki dookoła, tylko wąskie. Powciskaliśmy się jakoś, a potem powiesiliśmy w drzwiach tropik od namiotu Lukasš, w nadziei, że dzięki temu będzie trochę cieplej.
 
Szybko zrobiło się zimno. Udaliśmy się na poszukiwanie opału. Nie było niestety żadnych brzóz, a po tym całym deszczu, który lał się z nieba do południa wszystko było mokre. Narobiliśmy tylko wielkich ilości dymu i zrezygnowaliśmy z ogniska. Właściwie nie było nam ono aż tak potrzebne żebyśmy mieli ochotę ślęczeć nad nim cały wieczór. Poszliśmy zjeść kolację pod wiatą, po czym udaliśmy się na spoczynek.
 
 
Ja spałam smacznie, ale towarzystwo zmarzło, bo temperatura spadła poniżej zera i na trawie był szron. Miałam ze sobą "skandynawską" 600kę, natomiast reszta śpiwory raczej letnie, Annette nie zabrała kurtki puchowej, a Lukaš przed wyjazdem wyprał śpiwór i puch zbił mu się w kule. Do tego wszystkiego była jeszcze agresywna mysz... Z wiaty wypłoszyły nas maszyny drwali. Nie było żadnych kłopotów na tle nielegalnego noclegu, ale poinformowali nas, że będą w tym rejonie zwozić drewno i zamkną szlak, więc musieliśmy się pospieszyć. 
 
 
Zaczęliśmy wspinaczkę na kolejny wybitny szczyt Schwarzwaldu: Belchen (1414 m n.p.m.). Podejście było dość strome, były jakieś zygzaki i ostrzeżenie o lawinach. Na samej górze zaś czekała wspaniała niespodzianka: widok na Alpy.
 
 
 
Panorama była wspaniała. Najbliżej nas były kolejne wzniesienia Schwarzwaldu, za nimi dolina Renu stanowiąca granicę Niemiec i Szwajcarii, podłużne pasmo Gór Jura, dalej tonące w chmurach zapadlisko wielkich polodowcowych jezior i krawędź Alp. Ośnieżone szczyty na horyzoncie zabarwiało różowe światło poranka. W głębi, po zachodniej stronie całego masywu udało nam się dostrzec Mont Blanc i Grand Combin. Tylko te dwa szczyty przekraczały 4000 m n.p.m., pozostałe osiągały 3000-3500 m.
  
  
  


 

 
 
 
Na szczycie było bardzo zimno, Lukaš pierwszy poszedł ogrzać się do schroniska, a my z Annette podążyłyśmy jego śladem kilka minut później, tak tam było ładnie, że nie mogłyśmy się napatrzeć. Schronisko Gasthof Belchen jest najwyżej położonym schroniskiem Badenii Würtembergii. Posiedzieliśmy tam chwilę, skorzystaliśmy z wc i wifi, naładowaliśmy baterie. Annette wyszedłszy z łazienki oznajmiła nam z przejęciem, że właśnie spotkała tam jakąś znaną aktorkę. Niedaleko schroniska grupa filmowców nagrywała jakąś romantyczną scenę. Para odziana w tradycyjne kostiumy pięła się zadyszana po trawiastym zboczu. Zdaje się, że wszystko się dobrze skończyło :-).
 
 
 
 
 
Krajobraz faktycznie nadawał się do filmu! Dramatyczne skały, złociste buki, Alpy w oddali. Przystanęliśmy w ostatnim punkcie widokowym i siedząc na ławeczce zjedliśmy drugie śniadanie (chleb, ser, salami).
 
 
 
 
  

 
 
Później widoków miało być już mniej, ale szlak wiódł malowniczą, ścinając skaliste zbocze.
 
 
 

 
 
 
 
 
Kolejna wiata, a potem kapliczka, za którą doszliśmy do niewielkiej wioski i zaliczyliśmy jeszcze dwie wiaty, z których jedna miała nawet drzwi, a na ścianach stare napisy.
 
 
 
 
 
 
 
 
  
Spotkaliśmy tam parę emerytów z Francji na wycieczce, którzy mieli ze sobą podejrzaną siatkę. Co w niej mieli? Grzyby! Nie tylko u nas był w tym roku wysyp grzybów. Lukaš, jako zapalony grzybiarz, zaraz zaczął penetrować najbliższe okolice szlaku. Miał oko! Co rusz zrywał podgrzybki, trafiły się też borowiki, ale nadgryzione zębem czasu. Mieliśmy zamiar wieczorem być już z powrotem we Freiburgu, więc grzyby przeznaczyliśmy na kolację.
 
 
 
 
 
Jeszcze jedna wiata dzieliła nas od ostatniego szczytu, na który zamierzaliśmy się wdrapać: Blauen (1165 m n.p.m.). Była na nim wieża widokowa, antena i gasthaus, który onieśmielał nas swoim ogromem. Schroniska w Niemczech nie są tak przyjazne jak u nas i nie można w nich spożywać swojego prowiantu. Poprosiliśmy tylko o wodę. Z wieży był piękny widok na dolinę Renu i piętrzące się po jej drugiej stronie francuskie Wogezy. 

 
 

 

 
 
  
 
Lukaša zaczęło boleć kolano, a jak na złość teraz czekało nas długie zejście w dolinę. Żegnaliśmy już góry i szlak Westweg, kierując się ku miejscowości Badenweiler.
 
 
 
Przysiedliśmy w pierwszej wiacie, z drugiej tylko podziwialiśmy widok na dolinę i ruiny zamku na wzgórzu.
 
  

 
 
 
Badenweiler było bardzo ładne. Szlak sprowadził nas prosto na przystanek autobusowy. Miasteczko było niewielkie, a czasu jeszcze trochę zostało, poszłam więc na szybki rekonesans (reszcie się już nie chciało). Wbiegłam na zamek (wyśmienity widok, zachód słońca, cudnie!), a potem zauważyłam jeszcze strzałkę wskazującą rzymskie ruiny, musiałam już jednak wracać na przystanek.
 
 
 
 

 

 
 
 
Postanowiliśmy, że następnego dnia będziemy się poruszać komunikacją publiczną w większym zakresie i dlatego zaopatrzyliśmy się w 24-godzinne bilety, pozwalające korzystać zarówno z pociągów jak i autobusów. Dzień zakończył się wspaniałym spektaklem zachodu słońca, całe niebo zrobiło się różowe. Podobno nie było to nic niezwykłego, takie zachody mają tam miejsce często.
 
 

Informacja o rzymskich ruinach podziałała na moją wyobraźnię, jak to zwykle bywa z wszystkimi starożytnościami na mojej drodze. No tak! Na tych terenach rozciągało się niegdyś Imperium Rzymskie, zająwszy obszar zamieszkiwany przez Celtów.
 
Wieczorem, po powrocie do Freiburga, zajęliśmy się googlowaniem ruin. Sprawę dalszego zwiedzania mieliśmy tym sposobem rozwiązaną - będziemy szukać śladów Rzymian! Okazało się, że ruin jest całkiem sporo, że wzdłuż Renu jest trasa rowerowa prowadząca od jednego zabytku do drugiego. Postanowiliśmy skorzystać z 24-godzinneych biletów i pojeździć między tymi atrakcjami pociągiem.
 
Zaczęliśmy od razu z rana. Ponieważ wyszło na to, że ruiny term rzymskich w Badenweiler są szczególnie ciekawe tam właśnie udaliśmy się najpierw. Ułożyliśmy sobie marszrutę na cały dzień tak żeby utrafić w godziny otwarcia - zabytki nie cieszą się aż takim powodzeniem żeby opłacało się trzymać je otwarte przez cały dzień.
 
Zamek w porannym słońcu prezentował się całkiem okazale. Po wizycie w informacji turystycznej udaliśmy się do ruin. Były faktycznie dobrze zachowane, osłonięte szklanym dachem. Łaźnie były wielokrotnie rozbudowywane, podzielone na część damską i męską. Woda z ciepłych źródeł doprowadzana była ołowianymi rurami, baseny były głębokie, a w całym przybytku kwitło towarzyskie. Jak to musiało być przyjemnie wylegiwać się w ciepłej wodzie, skubiąc winogrona i grając w kości... W Badenweiler znajduje się także współczesny kompleks basenów, dosyć chyba oblegany.
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
Po wyjściu z łaźni poszliśmy jeszcze do kościoła, obok którego odkryto fundamenty rzymskiej świątyni bogini Diany. Tak się pogrążyliśmy w historii że prawie by nam uciekł autobus. Annette na szczęście czuwała i sprowadziła nas z Lukasem na ziemię.
 
 
 
Następny przystanek był w Heitersheim. Znajdowały się tam ruiny rzymskiej willi, położone obok renesansowego pałacu. Posiadłość zajmowała spory teren, była tam kawiarnia i park, w którym spożyliśmy drugie śniadanie i tak pokrzepieni poszliśmy zwiedzać.

 

 
 
  

 
 
 
 
 
 
 
 
Willa była wspaniała, można sobie było wyobrazić jak tam musiało być przyjemnie, pewnie budynek był otoczony sadami, ogrodami. Już nie tak antyczny pałac też był bardzo ładny, a w podwórku rosła pomnikowa lipa.
 
 
 
 
 

 

 
 
Z przystanku pośrodku winnicy pojechaliśmy autobusem do następnej miejscowości: Bad Krozingen. Tam także miała być ruina, ale jak się okazało, była ona daleko od centrum, a czas leciał, poprzestaliśmy więc na zwiedzeniu niewielkiego muzeum. Po drodze wypatrzyłam zabytkowy krzyż na rogu.
 
 
  
 
 
Ostatnią pozycją na liście atrakcji tego dnia było przejście mostem na Renie do Francji. Wsiedliśmy w autobus do Breisach i kilkaset metrów pokonaliśmy pieszo. Przeszliśmy najpierw główne koryto, którego środkiem biegnie granica Niemiec i Francji, a potem jeszcze dwa kanały, zaopatrzone w śluzy dla statków (rzeka jest spiętrzona tamami).
 
Jakież to było ekscytujące iść tak sobie na zachód, przejść most, granicę (uwielbiam mosty, uwielbiam granice!). Na słupach pojawiły się znaki lokalnych szlaków i jednej z miliona Camino de Santiago.
 
 
 
 

 
 
  

 
Mimo, że szlak był znakowany czerwonymi rombami tak jak niemiecki Westweg, jest to zupełnie inny, francuski szlak, o ile wiem prowadzący dalej w masyw  Wogezów. Camino de Santiago zmierza dalej w kierunku Colmar i Belfort, po czym znika.
 
 
  
Po tej eskapadzie byliśmy wykończeni. Nie mieliśmy już ochoty na żadne odległe wyprawy, pozostaliśmy więc na miejscu we Freiburgu. Skosztowaliśmy schwarzwaldzkiego tortu i eksplorowaliśmy muzea.
 
 

Udało mi się w wieczornym świetle sfotografować większy kawałek katedry. Muzeów było do wyboru kilka, ale nie musieliśmy wybierać - za 7 euro kupiliśmy całodniowe bilety do wszystkich. Najwięcej czasu spędziliśmy w archeologicznym, było znakomite. W pamięci zapadły mi renifery wyżłobione w narzędziu z kości, były też szkielety, sporo ceramiki, dużo rzeczy z brązu. 

 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
W piwnicach znajdował się skarbiec, a w nim broń, złote fibule i korale.
 
 
Był też oczywiście dział rzymski, w którym największe wrażenie zrobiły na mnie piękne szklane naczynia. Były sto razy ładniejsze od tego, co można kupić w sklepach teraz.


 
 
Tak wyglądał budynek muzeum.
 
 
 
Potem byliśmy w muzeum sztuki współczesnej, ale nie będę Was tym nudzić. Mieli tam ten rodzaj malarstwa, od którego boli mnie głowa jeszcze zanim spojrzę :-)
 

Muzeum historii naturalnej było dosyć skromne, zrobione tak, żeby podobało się dzieciom. Nie zabrakło krokodyli, także skamieniałych, a bardzo ładne były gabloty z minerałami. W dzieciństwie sama miałam taką półkę z kolorowymi kamieniami.
 

 
 
 
W Augustiner Museum były wszystkie najważniejsze miejskie zbiory, a do tego ostatni dzień wystawy o narodowym socjalizmie we Freiburgu. Krótko mówiąc było to bardzo ponure i byliśmy wykończeni.
 
 
Potem obejrzeliśmy główną ekspozycję sztuki sakralnej. Mnie bardzo podobały się witraże, fajnie je wmontowano w okna tak że można było podziwiać wszystkie szczegóły. Stare witraże są takie mroczne, mają głębokie nasycone kolory.
 
 
 

Święty Jakub musiał być bardzo popularnym świętym, bo wszędzie go było pełno!
 
 
 
Po tym wszystkim byliśmy absolutnie zmordowani! W ten sposób zakończyliśmy całą wycieczkę. Tydzień spędzony w Niemczech bardzo szybko nam minął, obejrzeliśmy wszystko co się dało, szkoda tylko, że pogoda niezbyt dopisała. Annette i Lukašu, dzięki za kolejne miłe spotkanie i do zobaczenia!