sobota, 26 września 2015

Kwark - outdoorowy "ręcznik luksusowy"

Na początku lata dostałam do przetestowania nowy "ręcznik luksusowy" Kwarka, za co bardzo dziękuję. Po około siedmiu tygodniach użytkowania w terenie, a także kilku przypadkach stosowania jako ręcznik podróżny, nadszedł czas na podsumowanie. Wymęczyłam go sumiennie, zabierając na każdy outdoorowy wyjazd tego lata (i jesieni). Był ze mną na Mazurach, na Islandii, na spływie Nidą i w Laponii.

Z danych technicznych: materiał to tkanina lniana (70%) z domieszką jedwabiu (30%), waga to 40g, wymiary 70/50 cm.

 
Do testu otrzymałam ręcznik w kolorze czerwonym, dostępny jest też w innych kolorach, bodajże błękitnym i szarym, ale trudno powiedzieć, gdyż nie widzę go w sklepie.

Można za to poczytać o nim na blogu Kasi:

Używam tylko lnianych ręczników, więc też z takimi mogę go porównać. Mam już jeden 100% lniany ręcznik Kwarka, customowy, wykonany z lekkiej dzianiny, tej samej z której szyte są koszulki. Poza tym mam lniany ręcznik z lnu ścierkowego, też 100%, który kiedyś sama sobie uszyłam. "Luksusowy" nie jest pierwszą mieszanką jedwabiu z lnem z jaką miałam do tej pory do czynienia, miałam z takiego materiału sukienkę, która cechowała się podobnym delikatnym połyskiem. Zdarzyło mi się też próbować ścierkowego lnu z bawełną, ale ten miks nie ma racji bytu ani w kuchni, ani w outdoorze, jest tańszy w produkcji, ale  bawełna sprawia, że taki materiał nie chłonie wody tak dobrze jak czysty len. Nie znam żadnej innej tkaniny, która cechowałaby się taką higroskopijnością. Dodatek, i to spory, jedwabiu natomiast nie wpłynął niekorzystnie na chłonność ręcznika. Pod tym względem zachowywał się on dokładnie tak samo jak czysty len - chłonął wilgoć błyskawicznie.
 
 
Podobnie rzecz się miała z czasem schnięcia, dokładnie tak jak czysty len odparowywał natychmiast. Jeśli miałam kilka rzeczy do suszenia to ręcznik był suchy najszybciej (obok skarpetki, wkładki, biegowe stuptuty). Spory rozmiar sprawiał, że rzadko moczyłam go w całości, z reguły był mokry tylko częściowo. Suszyłam go wieszając lub kładąc gdziekolwiek, a wieczorami czy suchy czy wilgotny lądował na mojej dmuchanej poduszce służąc za poszewkę (poduszka sama w sobie jest nieprzyjemna, bo plastikowa i twarz się do niej klei, zawsze coś na nią kładę do spania). Często przedtem suszyłam go owijając wokół butelki z herbatą, jeśli akurat nie było na niej mokrych skarpetek.
 
 
 
Jeśli już jestem przy tego rodzaju izolacji to wymienię kolejną funkcję - ścierki kuchennej. W tytanowym kubku jedzenie wolno stygnie, złapać taki gorący kubek bezpośrednio nie jest rzeczą przyjemną, za to przez ręcznik, który jest pod ręką, bardzo wygodnie. Syntetyczny obawiałabym się nadtopić(?), o lniany się nie boję.
 
Służył też jako nakrycie głowy, aczkolwiek rzadko, bo odkąd zaczęłam test przebywałam najczęściej w chłodniejszych rejonach. Gdybym jednak miała go na Szlaku Nadbużańskim na pewno byłby często w użyciu (używałam dzianinowego). Ochronę przed słońcem zapewniał mi na spływie Nidą pod koniec sierpnia. Można go ciekawie owinąć, traktując jak chustkę albo opaskę, jak kto woli. Jeśli nie ocienia mi karku to wolę niezdarny kłąb :-)


Główną funkcją ręcznika jest jednak wycieranie się po kąpieli, tutaj domieszka jedwabiu okazała się nieco kłopotliwa, ponieważ ze względu na nią materiał jest bardzo śliski i ręcznik ma tendencję do ślizgania się o siebie samego (fałdy, złożone warstwy) zamiast zbierać wodę ze skóry. To że jest gładki, a nie szorstki (jak mój ścierko-ręcznik czy ręcznik z dzianiny) nie wpływa zbytnio na chłonność, jedynie to ślizganie sprawia problem.
 
Przy wycieraniu kropel wody z tropiku namiotu pochodzących z kondensacji nie odnotowałam tego problemu.
 
Użytkownicy ręczników syntetycznych mają pewnie doświadczenia z nieciekawymi zapachami swoich egzemplarzy. Ten problem nie dotyczy ręczników lnianych. Można ich nie prać wcale, a i tak nie śmierdzą. Pachną naturalnym włóknem, bywają brudne i poplamione, ale nie śmierdzą nigdy. No chyba że taki ręcznik szczelnie zamkniemy mokry na długo, wtedy może będzie lekko stęchły :-). Miałam zamiar wyprać na próbę testowy egzemplarz, ale wciąż był zbyt czysty żeby miało to sens. Pewnie po praniu odrobinę się skurczy i stanie bardziej zwięzły, a chłonność jeszcze się poprawi.

Uszkodzeń brak - len jest trwałym materiałem, w postaci tkaniny na pewno trwalszym niż dzianina, choć i dzianinowemu ręcznikowi nic się dotychczas nie stało.
 
Czy coś warto by w nim zmienić? Z pewnością przydałaby się pętelka do wieszania, mała rzecz, a bardzo przydatna. Oczywiście można doszyć ją samemu, ale miło by było gdyby była wszyta fabrycznie.
 
 
Może warto byłoby produkować kilka rozmiarów? Zamówienie customowego rozmiaru na pewno wchodzi w grę, ale to zawsze kłopot. Osobiście wolałabym żeby był nieco mniejszy, nie potrzebuję aż tak dużego, a przy tym ubyłoby mu coś z wagi. Za idealny rozmiar uważam 50/30 cm, taki owijam wokół głowy podwijając brzegi pod czapkę, taki po przekątnej ma idealny rozmiar do tego żeby wytrzeć nim plecy trzymając za rogi.
 
Z porównania wszystkich trzech moich naturalnych ręczników wynika, że każdy jest inny i każdy inaczej zbliża się do ideału, ale go nie osiąga. Ścierkowy będąc grubym jest również ciężki (50g przy wymiarach 50/30 cm), dzianinowy się naciąga, a jedwabno-lniany ślizga. Niewątpliwie "luksusowy" jest najładniejszy, więc jeśli ma też służyć jako element garderoby wybór jest jasny :-)
 

czwartek, 24 września 2015

Spływ packraftowy Nidą (Pińczów - Wiślica)

Zanim zabiorę się za opisywanie przygód, jakie miałam w Laponii (wróciłam dwa dni temu) czas wrócić jeszcze na chwilę do wspomnień lata. W przedostatni weekend sierpnia wybraliśmy się z Romkiem popływać packraftami na Nidzie. Pomysł był Romka, a ja zareagowałam z entuzjazmem, bo mam sentyment do tej rzeki. W czasie studiów miałam tam ćwiczenia terenowe (ćwiczenia miałam w bardzo wielu miejscach, więc też i do wielu mam sentyment :-)), nazywały się "Góry Świętokrzyskie i Niecka Nidziańska", objechaliśmy kawał terenu, w tym właśnie Nieckę Nidy, zwiedziliśmy Wiślicę i uczyliśmy się o tym jak neolityczne osadnictwo wpłynęło na ukształtowanie terenu. Pisałam potem o tym referat, bo mnie to bardzo zainteresowało, neolityczne kultury wykorzystujące żyzne lessowe gleby (pucharów lejkowatych, ceramiki sznurowej, wstęgowej-rytej) do dziś brzmią mi w głowie w taki jakiś romantyczny sposób, choć wyrządziły wtedy ogromne szkody wypalając połacie lasów (warstwy spalenizny są widoczne w glebie). Mapę Compassu "Ponidzie" miałam już dawno kupioną, bo miałam w planie się w te rejony wybrać.
 
Na początek dojazd urozmaicony przeprawą promową przez Wisłę. Absolutnie uwielbiam przeprawy promowe!

 

Zostawiliśmy samochód w Busku Zdroju, a do Pińczowa zostaliśmy podrzuceni, ale i autobusem można się tam bardzo łatwo dostać. Zanim pochłonęłam schabowego na dobry początek minęło sporo czasu, potem szybkie pompowanie i wodowanie.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
Nida za mostem była bardzo płytka, wszystkiemu winna tegoroczna susza. Musieliśmy się czasem odpychać wiosłami. Po kilku kilometrach jednak koryto się zwęziło i rzeka zrobiła dziksza. Słońce zachodziło, więc trzeba było szukać miejsca na biwak, wybraliśmy plażę, pierwszą jaka się nadarzyła, ale bardzo ładną. Namioty postawiliśmy na wilgotnym piasku, mój namiot wymaga porządnego zakotwiczenia, ale o dziwo śledzie Y z namiotu Hilleberga, których zawsze używam także w piasku poradziły sobie bardzo dobrze. Nie wzięliśmy gazu i gotowaliśmy na mojej kuchence na drewno. Rano było oczywiście trochę kondensacji, ale poranek był ciepły i słoneczny, więc wszystko ładnie wyschło.

 
 
 
 

Pociągnęliśmy dalej, nie mogąc uzyskać jednomyślności w kwestii poprawności stylu wiosłowania, posuwaliśmy się jednak do przodu, czyli z prądem, pokonując wiele meandrów. Wyleźliśmy na brzeg w Kowali , gdzie zaopatrzyliśmy się w wodę pitną u sympatycznej gospodyni. Woda w Nidzie nie nadawała się do filtrowania, filtr by się zaraz zapchał, a zresztą chemia by została. Przerwę obiadową mieliśmy chyba w Krzyżanowicach Dolnych, był tam jakiś hotel typu weselnego i można było zjeść dobry obiad.

 
 
 
Najedzeni popłynęliśmy dalej, obserwując wysokie piaszczyste brzegi, wydrążone przez jaskółki brzegówki. Miejscami rzeka się bardziej rozlewała, mnie akurat spodobał się fragment obsadzony topolami, wyglądał trochę jak jakiś holenderski kanał.

 
 
 
 
Stosunkowo wcześnie zakończyliśmy pływanie by jeszcze spróbować złowić jakąś rybę, niestety nic się nie złowiło, choć od razu za pierwszym razem Romkowi szarpnęła jakaś ryba to niestety zdołała umknąć. Zachód słońca obserwowany ze skarpy był prześliczny. Tuż koło mojego namiotu w piasku było gniazdo os, na pobliskiej wierzbie szerszeni, ale co to dla nas...

 

Następnego dnia od rana słychać było kościelne dzwony - była niedziela. Nocą spadło kilka kropel deszczu, ale dzień był ładny. Rozpoczęliśmy go śniadaniem na wysuszonej trawie. Musieliśmy bardzo uważać gotując, ogień błyskawicznie się rozprzestrzeniał. Kuchenkę postawiliśmy przy samej wodzie żeby uniknąć pożaru. Niedługo po tym jak wypłynęliśmy udało mi się wypatrzeć rarytas w postaci gniazda remiza zawieszonego nad wodą.

 
 
A potem znów płynęliśmy mijając sielskie krajobrazy. Płycizny trochę dawały się we znaki, ale dawaliśmy radę. Ciekawe były widoczne na skarpach warstwy gleby ze smugami żyznego lessu (tak sądzę że to less).

 
 
 
 
 
Po południu zawinęliśmy do portu, tzn. wygramoliliśmy się na błotnisty brzeg w Wiślicy. Przypuszczalnie istnieją lepsze miejsca do wysiadania, bo z tego naszego wcale niełatwo było wydostać się do miasta, jak nie ogrodzenie, to bagno, no ale udało się. Pożywiliśmy się nieco i zaliczyliśmy bytność w kościele. Chciałam obejrzeć słynne średniowieczne posadzki, ale jakoś nie mogłam trafić, może zwiedzanie było nieczynne. Pozostały freski i rzeźba Matki Boskiej. Mieliśmy wrócić do Buska autobusem, ale ten po prostu przejechał nie zawijając na przystanek, więc zostaliśmy na lodzie. Poszliśmy na obwodnicę, gdzie udało nam się złapać stopa. Akurat zachodziło słońce oświetlając mury Wiślicy.