wtorek, 23 lutego 2016

Te Araroa: Lake Coleridge - Twizel

Ostatnimi czasy zrobilo sie troche mniej gorzyscie i bardziej pustynnie, ciagle mijam wielkie polodowcowe jeziora. Dystansu znowu ubylo, a tak wygladala z mostu pierwsza duza rzeka, Rakaia, ktora objechalam autostopem. Na druga strone przewiozl mnie sympatyczny kierowca ciezarowki z poczta.


 
 
Odcinek miedzy rzekami (Rakaia I Rangitata) bardzo mi sie podobal, zrobilo sie troche pustynnie, a to zawsze cos innego niz widuje sie na codzien. Chatki byly dosc ubogie, ale dawaly schronienie. Ludzi na szlaku mnostwo, takze nie ma co marzyc o tym, zeby miec cala chatke dla siebie.


 
 
 
 
 
 
 
 
Biwakujac trzeba uwazac - raz rozbilam namiot, a wygladzajac podloge przed nadmuchaniem materaca wbilam sobie kilka kolcow w reke - kolce drobnych pustynnych roslin przebijaja wszystko. Przenioslam namiot w miejssce pozbawione wegetacji - materac uratowany.


 
No i polknelam 2300km :-) W oddali pojawily sie osniezone szczyty, a potem dolina Rangitaty.




 
 
Na parking przed rzeka umowilam sie z Lukasem, stwierdziwszy, ze bedzie lepiej nie przechodzic samej. Okazalo sie, ze z powodu panujacej suszy (ponad dwa tygodnie bez deszczu) poziom wody byl bardzo niski I przeszlismy bez zadnych trudnosci. W najwiekszym z okolo 10 kanalow woda siegala do kolan, reszta to byly strumyczki. Rangitata zdobyta!


 
 
 
 
Nazajutrz zaczelo lac... A Rangitata niosla 10 razy wiecej wody, ale nas to juz szczesliwie nie dotyczylo. Padalo dwa dni I trzy noce, mgliste widoki byly piekne, ale na przeleczy bedacej najwyzszym punktem Te Araroa (cos ponad 1900 m) niezle wymarzlismy w marznacym deszczu i wietrze. Tylko odrobine wyzej w gorach spadl snieg. Zobaczylismy go rano, wyjrzawszy z malutkiej 6-osobowej chatki, gdzie gnietlismy sie w 8 osob (9ty biwakowal).


 
 
 
 
 
Deszczowa pogoda pozostala w gorach, a na horyzoncie pojawilo sie pierwsze z wielkich jezior - Tekapo. Tutaj byl sklep i wyzera w towarzystwie Lukasa I Annette (kolezanka dojechala stopem) :-).


 
 
 
 
 
 
 
 
 
Nazajutrz wyruszylam w dalsza droge, chmury sie klebily w gorach, a ja mialam schronienie w mikroskopijnej chatce. Na zdjeciach Rob i bambusowy rower szalonego niemieckiego cyklisty :-)


 
 
 
 
Kolejne kilometry zaliczone - 2400!


 
 
Nie wszystko w tym kraju jest takie cudowne jak na reklamach - tego rodzaju tabliczki nie naleza do rzadkosci... To na wypadek gdyby wedrowcowi zachcialo sie skrocic sobie droge poprzez marsz droga prywatna.


 
Kolejne jezioro, Pukaki, wzdluz ktorego szlam dwa dni. Widok byl bardzo ladny - za soba zoastawilam najwyzszy szczyt Nowej Zelandii Mt Cook/Aoraki, bodajze 3755 m npm. Biwak na plazy i zachod slonca :-)


 
 
 
A potem znow cos z prawdy o tym kraju... Wszystko co nie jest naturalna fauna i flora jest zbaijane. Lasy sa polewane herbicydami, a ludzie strzelaja i rozjezdzaja zwierzeta. Nie zakopuja, lecz wieszaja na plotach i galeziach. Padlina czuc wszedzie...


 
Ostatni odcienek jeziora, a potem na parking spotkalam niespodziewanie Lukasa, a bedac umowieni z Annette, znow wyladowalismy w tym samym miejscu o tej samej porze. Dzis dodreptalismy z rana do malego miasteczka Twizel. Ucze sie klac po czesku :-) (Gde je ta skurvena oranzova tycka??) :-D


 


Pozdrowienia dla wszystkich i do zobaczenia, najstepny przystanek: Wanaka. Hej!

czwartek, 11 lutego 2016

Te Araroa: St Arnaud - Lake Coleridge

Dawno nie mialam okazji niczego napisac, ale wlasnie trafilam pod dach goscinnych ludzi w wiosce Lake Coleridge, nie ma tu zasiegu GSM, ale jest internet :-)

Dzien w ktorym opuscilam St Arnaud byl deszczowy, tak jak i kolejne... Szlak Sabine-Travers Circuit, ktory Te Araroa wykorzystuje na tym odcinku obfitowal jednak w wygodne chatki. Po drodze Blue Lake - najczystsze jezioro swiata, podobno.


















Rozpogodzilo sie akurat kiedy bylo trzeba - na przejscie Waiau Pass. Podobno to najtrudniejszy odcinek, ale przy dobrej pogodzie wcale tak go nie odebralam. Luzne kamienie na podejsicu nie sprawily problemow, a wspinaczka na zejsciu to fajne urozmaicenie.






 

 
W nastepnej dolinie osiagnelam dlugo wyczekiwane 2000 km!

 


Niebawem dolaczylam do szlaku St James Walkway, widoki ladne, a po wysokogorskich atrakcjach docenilam uroki wedrowania plaska dolina. Chatki takze bardzo przyjemne.











W Boyle Village spedzilam noc i odebralam nastepna paczke jedzenia, po czym ruszylam dalej. Po drodze znow rzeki do przejscia, a dalej szlak dosyc nudnawy, dolinami. Po drodze jednak 2100 km i atrakcja - gorace zrodelko, w ktorym spedzilam pol godziny, po czym musialam odpoczac, bo nie moglam sie ruszyc :-)


 
 



Poziom adrenaliny nie opadal, a to trzy-linowy most (odpuscilam), a to gnijace zwloki w strumieniu... A potem rzeki, rzeki, rzeki.





 
 
Deception-Mingha Track jednak bardzo przypadl mi do gustu. Przeszlam ten szlak z Sophia, bardzo mila Nowozelandka, ktora dodawala mi otuchy przy przechodzeniu strumienia (to na tym odcinku kilka tygodni temu utonela kobieta prawdopodobnie trenujaca biegi, byla w piecioosobowej grupie, ale poziom wody przypuszczalnie byl wyzszy).
 
 





 


W Arthur's Pass (koszmarem tego miejsca sa papugi kea, ktore na polu namiotowym każdej nocy średnio niszcza trzy namioty, nie oszczedzily tez mojej moskitiery) spotkalam sie z Annette, ktora obecnie podrozuje i przechodzi niektore latwiejsze odcinki. Takze ten, ktory mialam wlasnie przed soba. Niestety zagadane nie zauwazylysmy, ze idziemy niewlasciwym szlakiem. W ten sposob stracilysmy caly dzien, trzy godziny podchodzac, dwie schodzac, a potem bedac wykonczone zleglysmy w najblizszej chatce. Tam dopedzil nas dawno nie widziany Lukas, takze nastepnego dnia szlismy wszyscy razem.





Po nocy spędzonej w Hamilton Hut Annette ruszyla w swoja strone, a ja dobilam do 2200 km!


Dalej szlak biegl takze dolina, az zblizyl sie do Lake Coleridge  (bylo tam prymitywne pole biwakowe na końcu swiata, na ktorym przenocowalismy z Lukasem) i meandrowal nad brzegami jeziora (brzmi romantycznie, ale w rzeczywistosci to 28 km w znakomitej wiekszosci po drodze szutrowej, bo wlasciciel terenu nie zyczy sobie wedrowcow nad jeziorem).

 
 
 

Tak oto znalazlam sie u brzegu Rakaia River, ktora to jutro zamierzam objechac, zawijajac po drodze do Metheven w celu uzupelnienia zapasow. Rzeka jest zbyt duza zeby ja przekroczyc (niektorym sie udaje, ale szlak nie kontynuuje sie na tym odcinku, bo to zbyt niebezpieczne).

Nastepna miejscowosc to Lake Tekapo - do zobaczenia :-)