wtorek, 26 kwietnia 2016

Te Araroa: podsumowanie


Te Araroa znaczy w języku Maori długa droga. Oficjalnie w tym roku (bo co roku coś się zmienia) miał 3008 km, zmierzone na mapie. Wystarczy przyjrzeć się tej mapie żeby wiedzieć, że w rzeczywistości jest dłuższy - zmierzony GPSem i ma 3353. Ja jednak oczywiście mierzyłam dystans mapowy, bo każdy kilometr był tam zaznaczony i tak też robiłam swoje co stukilometrowe zdjęcia.
 
Co ciekawe w rzeczywistości trawers Nowej Zelandii ani nie zaczyna się w jej najbardziej na północ wysuniętym miejscu ani nie kończy w najbardziej wysuniętym na południe. Ten północny kraniec to półwysep sąsiedni w stosunku do Cape Reinga, a południowy leży kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Bluff.
 
Co jest potrzebne do przejścia szlaku (oprócz silnej woli)? Przede wszystkim wiza. Jeśli ma się poniżej 30 lat ma się szansę na dostanie tzw. working holiday visa, wizy pozwalającej przebywać w Nowej Zelandii bodajże 1,5 roku a przy tym umożliwiającej pracę. W pozostałych przypadkach pozostaje wiza turystyczna, visitor visa. Ja zaopatrzyłam się właśnie w taką, na 6 miesięcy.  
 
 
Szlak czy "szlak"?

Te Araroa nie jest takim szlakiem do jakiego przywykli Europejczycy czy Amerykanie. Szczególnie ci drudzy byli z tego powodu niezadowoleni i rozczarowani . Nie jest gładki ani równy, tylko część biegnie ścieżką, pozostała część plażą, korytem strumienia, drogą czy środkiem pastwiska. Scieżki z kolei pełne są kamieni, korzeni i głębokiego błota, bardzo strome. Po drodze mnóstwo rzek, mniejszych lub większych, po opadach nie do przejścia.
Najwyższy punkt na szlaku to Stag sadle 1,925 m (Wyspa Południowa) i co charakterystyczne, nie jest to szczyt góry. Rzadko zdobywa się szczyty, szlak przeważnie prowadzony jest dolinami, a przez góry przebija się przełęczami. Co dla niektórych najtrudniejsze podobno aż jedna trzecia część trasy przebiega drogami. Asfaltowe nie były przyjemne, ale oprócz wędrówek plażą (których także większość nie mogła znieść, zwłaszcza psychicznie, dla mnie jednak te były najprzyjemniejsze) podążanie drogami szutrowymi sprawiało mi najwięcej radości - przemieszczałam się po nich szybko, uwalniając umysł od koncentrowania się na tym jak tu się nie wywalić. Góry są oczywiście miłe dla oka, najbardziej podobało mi się w środkowym Canterbury, tam zdarzało mi się przystawać i podziwiać.
 










Nawigacja

Z nawigacją nie ma większych problemów, ale czasem zdarzało mi się użyć kompasu (w miastach kiedy przewodnik wskazywał skręcić w którymś z kierunków świata), mapa była niezbędna. Szlaki turystyczne są lepiej lub gorzej oznakowane pomarańczowymi trójkątami i słupkami (z wyjątkiem jednego czy dwóch), w terenie wiejskim czy zurbanizowanym na drogach często oznakowania nie ma. Na skrzyżowaniach czasami są tabliczki, ale zależy to od danego dystryktu (Northland był nieźle oznakowany, im dalej na południe tym gorzej).
 







Korzystałam z map i przewodnika dostępnego do ściągnięcia na stronie http://teararoa.org.nz
Przewodnik także jest niezbędny, rzadko wprowadza w błąd ale się zdarza. Zarówno mapy jak i przewodnik najlepiej wydrukować w Polsce, wydrukowanie przewodnika (2 strony na jednej stronie A4, a mogłam spokojnie wydrukować po 4) i map dwustronnie na A3 kosztowało około 200 PLN. Wydrukowanie jednego odcinka (przykładowo 4 mapy w zupełnie nieczytelnym formacie A4) w Nowej Zelandii kosztuje prawie tyle samo. Oczywiście nie niosłam całego zestawu w plecaku, mapy, podobnie jak wszystkie inne rzeczy w danej chwili niepotrzebne przebywały w tzw. bounce box, paczce czekającej na poczcie. Poste restante w Nowej Zelandii działa znakomicie, a taka paczka jest najwygodniejszym i najprostszym rozwiązaniem. Koszt wysłania paczki, w zależności od gabarytów to 20-40$ (40 między wyspami w przypadku największego pocztowego pudła). Paczka leży na poczcie przez 2 miesiące, co jest bardzo dogodne na Wyspie Południowej, kiedy między kolejnymi urzędami pocztowymi mamy 900 km.
Większość wędrowców korzystała z GPSu a mapy traktowała dodatkowo, dlatego zmniejszona skala na wydruku A4 nie stanowiła dla nich problemu, ja jednak miałam tylko mapy, więc potrzebowałam dokładnych.


Pogoda

De facto pogoda w górach jest dokładnie taka jakiej można się spodziewać w każdych górach. Nie wierzcie tym, którzy mówią, że Nowa Zelandia jest pod względem pogodowym aż tak wyjątkowa. No może z wyjątkiem Fiordlandu, gdzie naprawdę dużo leje, ale Te Araroa tam nie zagląda, więc nie trzeba się tym martwić. Wyspa Północna jest bardziej tropikalna, późną wiosną i latem często panowała duszna, parna pogoda. Nie lało przesadnie często, ale jak już to intensywnie. Widziałam tam największe ulewy w swojej karierze outdoorowej :-). Temperatura wahała się między 16 a 25 stopni (oceniam na oko, nie miałam termometru, ale zdarzało mi się oglądać prognozy pogody). Lato na Wyspie Południowej było i zwykle bywa suche i gorące, przez trzy tygodnie wcale nie padało. Gorące nie oznaczało jednak, że temperatura przekroczyła 30 stopni. Trzymała się raczej 25. Pod koniec lata zaczęło się ochładzać, a przemieszczając się na południe zauważyłam zmianę w cyrkulacji - zamiast ciepłego powietrza z zachodu często nadciągały chłody z południowego zachodu, prosto z Antarktydy. Robiło się coraz chłodniej, wyżej w górach padał śnieg, a nocami zdarzały się przymrozki.

Z pozostałych czynników naturalnych najgorsze są słońce i meszki. Z powodu dziury ozonowej promieniowanie UV jest w Nowej Zelandii bardzo silne, nie sposób jednak ciągle smarować się filtrami, które przeważnie spływają z potem, a tego co zostanie nie ma jak zmyć. Lepiej więc było się zakryć - w prażącym słońcu zdarzało mi się chodzić w wiatrówce, a głowę i kark osłaniałam przyczepionym do czapki-daszka ręcznikiem. Po około dwóch miesiącach przestałam doświadczać oparzeń (przez pierwszy miesiąc na skórze pojawiały się pęcherze już po kilku minutach przebywania na słońcu), byłam już na tyle opalona żeby przestać się tym zajmować. Jednak i po trzech-czterech miesiącach zdarzało mi się spalić nos czy usta.
Meszki ("sandflies") to prawdziwa plaga. Potrzebują krwi żeby składać jaja, a że składają je w strumieniach to nad wodą jest ich najwięcej. Nadciągają całymi chmarami, kąsają boleśnie, a ukąszenia mocno swędzą. Z czasem organizm się na nie uodparnia i swędzenie zamiast utrzymywać się przez tydzień mija po jednym dniu. Meszki szczególnie aktywne są o świcie i wieczorem, wtedy kiedy zwija się obóz. Przerwy na lunch przeważnie są z ich powodu bardzo krótkie. Idąc nie ma się z nimi problemu, nie latają tak szybko.
 



 

Noclegi

Jeśli tylko miałam taką możliwość spałam na dziko (w buszu jest to legalne) lub prosiłam kogoś o możliwość przenocowania na trawniku. Nowozelandczycy są niezwykle gościnni i często zapraszali mnie do swoich domów, częstowali jedzeniem. Czasami zdarzało mi się nocować w hostelach (20-30$), a jeśli nie było innej opcji na campingach (15-20$, często prysznic był dodatkowo płatny - campingi są zupełnie nieopłacalne. W nielicznych przypadkach thru-hikerom przysługiwała zniżka, a raz nawet nocleg gratis, w Stillwater). Większość wędrowców z jakiegoś powodu oszczędzała na jedzeniu, żywiąc się makaronem instant i kuskusem, wydawała jednak duże sumy na noclegi. Ja zrobiłam odwrotnie, wychodząc z założenia, że pożywne i smaczne jedzenie jest więcej warte niż nocleg w łóżku. Uważam, że słusznie.
W sieci hosteli YHA osoby poruszające się pieszo lub na rowerze mają zniżkę Low Carbon Traveller Discount (do 30%, ale nie w tych hostelach, które są zarządzane prywatnie). Wystarczy do nich napisać i dać im dowód tego co się robi, np. podać adres bloga.
Ważny przez pół roku Backcuntry Hut Pass kosztuje 92$ i uprawnia do nocowania w chatkach DOC, standard i serviced (5 i 15$ za noc ez niego). Great Walks Huts odpadają. Choc bardzo rzadko to zdarzają się osoby, które nocują w chatkach nie płacąc za to, da się to zrobić w chatkach standarowych, gdzie nie ma strażnika.
 
Pokaz slajdów ze zdjęciami 76 napotkanych przeze mnie chatek znajduje się tutaj: https://youtu.be/NvK9VMup8k0

Nocowałam:

na dziko: 35
u ludzi: 24 (w tym 12 w namiocie na trawniku i 12 w domu)
na campingu/polu namiotowym także darmowym lub biwakując przy hostelu: 25
w chatkach DOC: 46
w hostelu: 16
w innych miejscach: 4





Jedzenie

Na Wyspie Północnej nie ma problemu ze zdobyciem prowiantu, przeważnie co 4-5 dni napotyka się wieś czy miasto, w którym jest albo supermarket albo mały sklepik, zdarzają się też sklepy outdoor, gdzie można się zaopatrzyć w liofy. Wyspa Południowa to inna sprawa, nosi się zapasy na 6-9 dni, a często i więcej, bo zawsze coś zostanie z poprzedniego uzupełniania zapasów i nie ma z tym co zrobić. Większość wędrowców robi zakupy w Wellington na pierwsze cztery etapy (Havelock - St Arnaud - Boyle Village - Arthurs Pass - Lake Coleridge), ponieważ albo nie ma żadnego sklepu i trzeba bardzo daleko jechać autostopem albo jest malutki sklepik, w którym prawie nic nie ma, a to co jest, jest strasznie drogie. Niektórzy jednak decydują się na autostop i zakupy w małych sklepikach, da się to zrobić. Ja wysłałam paczki i byłam zadowolona. Paczki wysyła się do hosteli (Alpine Lodge St Arnaud, centrum edukacyjne w Boyle Village,  YHA Arthur's Pass (od przyszłego roku nie przyjmują paczek). Za przechowanie też trzeba zapłacić (wyjątkiem jest St Arnaud, gdzie dla nocujących przechowanie jest gratis). Jeśli w okolicy jest supermarket, a nocujemy w hostelu czy na campingu możemy zaszaleć (wszystkie mają kuchnie) :-)



Najtańszy spośród supermarketów jest Pak'nSave, dalej Countdown, New World, Super Value i droższy Fresh Choice. W mniejszych miejscowościach zwykle jest 4Square, drogi.

 
 
 
Finanse
 
1 NZD (dolar nowozelandzki) to około 2,73 PLN. Robiąc zakupy mnożyłam razy trzy, wszystko jest też trzy razy droższe niż u nas.
Przed wyjazdem zakładałam, że chciałabym się zmieścić w 15 000 PLN, mając jednak na uwadze to, że całkiem możliwe, że się nie uda. Połowę tego budżetu miały stanowić wydatki na jedzenie i tak też się stało. O dziwo rzeczywistość okazała się dość zbliżona do założeń wydałam 13 000 PLN. To są wydatki z 5 miesięcy - 150 dni spędziłam na szlaku. Jednak jeszcze pozostałam w Nowej Zelandii miesiąc, nie wlicza się to jednak do szlaku no i nie mam jeszcze wyciągu za kwiecień, także pokazuję wyłącznie koszta szlakowe. Pamiątki to zupełnie inna historia :-)
Wydatki wzrosły kiedy nastąpiły awarie sprzętu - nowy aparat. Nie wliczam biletu na samolot ani sprzętu, ten ostatni to bardzo indywidualna sprawa, nie wszystko też kupuje się nowe.
Ponadto 5800 PLN na bilet lotniczy (można znaleźć tańsze połączenia, ale chciałam mieć bilet, który mogę zwrócić i wymienić no i lubię Finnaira), wiza bodajże 87 funtów brytyjskich.
Spory wydatek to komunikacja - szlak nie ma ciągłości i pojawiają się na nim przeszkody nie do pokonania o własnych siłach, choćby Cieśnina Cooka, przez którą trzeba przeprawić się promem.
Oprócz jedzenia największe wydatki pochłaniają noclegi, tutaj też jednak można najbardziej oszczędzić.

Dokonałam w miarę dokładnych obliczeń, choć mogłam coś pomylić, nie zawsze pamiętam co się kryje pod nazwą w wyciągu bankowym. Wydałam na:

jedzenie (i paliwo): 1436 PLN w sklepach outdoor i 6456 PLN w sklepach/supermarketach oraz w nielicznych przypadkach w barach
noclegi: 1335 PLN
pocztę: 764 PLN
inne:(doładowania, wizyta w aptece, karnet chatkowy itp.): 1059 PLN
gotówką, więc nie wiem dokładnie na co (komunikacja, spływ, jakieś zakupy inne): 2294 PLN
nowy aparat fotograficzny: 1094 PLN
nowe kijki ufundował kolega - dziękuję!
 
Edit:
Zwrócono mi uwagę, że warto byłoby napisać o kosztach ostatniego, szóstego miesiąca pobytu w Nowej Zelandii, już po ukończeniu przejścia Te Araroa. Wydatki wyniosły 5000PLN, z czego połowa to pamiątki (maoryska siekierka z nefrytu pochłonęła najwięcej, do tego nefrytowa biżuteria, książka kucharska i książka ze zdjęciami z Te Araroa), 400PLN noclegi (w hostelach i na campingu w Riverton), 350 PLN transport (prom, autobus w Wellington, autobus do Auckland, autobus na lotnisko), reszta to jedzenie, w tym także to zabrane do Polski (duuużo czekolady) i jakieś drobiazgi.
 

Życie towarzyskie

Z roku na rok liczba wyruszających na szlak się podwaja. Podobno w tym wyruszyło około 600 osób, ja spotkałam około 200, z czego tylko o kilkunastu osobach wiedziałam, że doszły do końca, o kilku, że przeszły całość.

Skład narodowościowy jest bardzo charakterystyczny - większość to Amerykanie, reszta Europejczycy, pojedyncze przypadki z innych kontynentów. Amerykanie i Europejczycy prezentują różne style wędrowania, co oczywiście prowadzi do zgrzytów jak i ciekawych wymian poglądów :-). Jeszcze bardziej specyficzny przypadek to Nowozelandczyk, zdarza się rzadko, ale łatwo go rozpoznać, prawdopodobnie będzie w szortach, wysokich stuptutach i wysokich butach, ze śmiesznym zielonym plecakiem z ogromnymi kieszeniami mocowanymi z przodu (firmy Aarn). Kiwisi noszą się bardzo oldschoolowo. Europejczycy przeważnie są spakowani ciężko, w plecakach Ospreya i mają długie spodnie. Dopiero po jakimś czasie wymieniają buty wysokie na biegowe (acz nie zawsze), w przeciwieństwie do Amerykanów, którzy przeważnie przeszli już co najmniej jeden długodystansowy szlak w swoim kraju, pomykają  w kolorowych butach do biegania i z plecakiem wielkości takiego, jaki zazwyczaj zabiera się na jednodniówki. Często bywają głodni.

Szczególnym wyrazem tego pędu jest "vitamin I" - pod tą nazwą wymyśloną przez Amerykanów kryje się ibuprofen, który bardzo wiele osób zażywa codziennie w wielkich ilościach. W USA jest to powszechne i nikogo nie dziwi, ja sobie założyłam, że za żadne skarby świata nie przejdę szlaku w tym stylu, łykając po 5 ibuprofenów dziennie, aby tylko nie czuć zmęczenia i iść po 50km dziennie, codziennie. Jeśli czułam że coś mi doskwiera zwalniałam, odpoczywałam pokonując krótsze dystanse. Moje tempo nie było szczególnie imponujące - średnio nieco ponad 20 km dziennie (22km jeśli brać po uwagę rzeczywistą długość szlaku). Nie robiłam za to przerw, więc koniec końców pokonałam szlak w podobnym czasie jak reszta, idąca szybciej, ale mająca dni odpoczynku, tzw. dni zero (zero kilometrów danego dnia). Lubiłam za to neros - dni z bardzo małym kilometrażem (nearly zero). Właściwie nie bywałam zmęczona i nie miałam żadnych kontuzji. Kolana dostały w kość na początku Wyspy Południowej, ale po kilku dniach spokojniejszej wędrówki wróciły do stanu pierwotnego.

Przeszłam cały szlak i zawsze to zaznaczam, niezależnie od tego jak bardzo irytuje to osoby, które skracają sobie drogę :-). Na Wyspie Południowej nagle w książkach pojawiły się wpisy zupełnie nieznanych ludzi, okazało się, że ludzi, którzy decydują się na przejście tylko Wyspy Południowej jest co najmniej tyle samo co przechodzących całość. Jedni i drudzy się bardzo nie lubią - wszelkie różnice drażnią. Ci którzy dopiero zaczynają przeważnie są niedoświadczeni (jak ci, którzy zaczęli na Cape Reinga, ale zdążyli zapomnieć jak to było), mają ciężkie plecaki, ale dobre humory. Ci, którzy idą całość (choć w większości omijają krótsze lub dłuższe co bardziej nieprzyjemne fragmenty, nie zawsze się do tego przyznając), mają serdecznie dosyć, idą na lekko i chcą po prostu jak najszybciej skończyć. Oczywiście to tylko taka generalizacja, ale mniej więcej tak to wygląda. Długie szlaki są specyficzne, trzeba mieć mocną głowę. Prędzej czy później przestają się liczyć widoki, to najbardziej dziwiło normalnych turystów. Przyjemność wędrowania długim szlakiem nie polega na podziwianiu krajobrazu na każdym kroku. Przyjemność stanowi sucha chatka, dobre jedzenie, dzielenie doświadczenia z innymi. Jak to przyjemnie było stwierdzić czasem - fucking New Zealand!

Spotkałam mnóstwo fajnych ludzi, z którymi spędziłam wiele pełnych śmiechu wieczorów. Dziękuję i pozdrawiam! Byli też tacy, którzy okrutnie mnie irytowali, tych nie pozdrawiam :-)
 

Szczególne pozdrowienia dla Annette i Lukaša! Ahoj, vole!


Sprzęt

To, co wszystkich najbardziej interesuje to sprzęt. Krótko mówiąc należy się spakować najlżej jak tylko można. Miałam zamiar bazowo (bez jedzenie, wody, paliwa) spakować się poniżej 6 kg, niestety nie udało się i ostatecznie niosłam 6,216 kg, a często więcej, kiedy dochodziły jakieś nieprzewidziane drobiazgi lub więcej map. Dużo lepiej byłoby mieć plecak ważący 4-5kg. Niektórzy potrafią mieć 2,5kg, ja niestety nie jestem jeszcze na tym etapie.
 
Lista sprzętowa i więcej na ten temat będzie w następnym poście.



Podsumowanie

Największą niespodzianką było dla mnie to, że długi szlak rzeczywiście różni się od zwykłych wędrówek. Prawie każdego dnia zdarza się coś, co sprawia że człowiek pyta sam siebie dlaczego właściwie ciągle tu jest, ale liczy się na nim przede wszystkim cel, wszystko inne ma mniejsze znaczenie. Dobrze jest podzielić dystans na krótsze odcinki, łatwiej ubywa kilometrów. Bardzo fajnym sposobem okazało się odliczanie każdej 100ki i robienie sobie z nią zdjęcia. Okazało się też, że jestem silniejsza i bardziej uparta niż myślałam :-). Nie miałam większych kryzysów, nic mnie praktycznie nie bolało, kolana są w takim stanie jak przed wyjazdem i ogólnie dość łatwo mi to poszło, a zatem nie zamierzam na tym jednym przejściu poprzestać.
 
Na YouTube zamieściłam serię dziewięciu filmów ilustrujących moje przejście Te Araroa.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowa Zelandia: Fiordland (Pyke - Big Bay Route i Hollyford Track)

Ostatecznie zrezygnowalam z wyprawy na Stewart Island, uznalam gigantyczne blota za niewarte placenia 130$ za prom i brodzenia w tym blocie w deszczu :-). Zamiast tego udalam sie wraz z Annette do Fiordlandu z zamiarem powloczenia sie przez 10 dni. Zanim wyruszylysmy, w Riverton uroczyscie pozegnalysmy Lukasa udajacego sie na polnoc, a potem w podroz po Azji.



Zaplanowalysmy petle nad morze i spowrotem do parkingu, co bylo bardzo wygodne. Nie jest latwo znalezc w NZ szlak dluszy niz na 4 dni. Do poczatku szlaku Hollyford udalo nam sie dojechac sprawnie autostopem, a do pierwszej chatki doszlysmy po ciemku z czolowkami. Szlak byl bardzo przyjemny, wiec nie bylo problemu, a swiecace robaczki gratis :-)



Nastepny odcinek byl tez bardzo mily, czysty relaks na sciezce wysypanej zwirkiem. Robaczki, ktore swiecily w ciemnosci probowalysmy znalezc za dnia - to ich nici zwisaja pod kamieniami czy powalonymi drzewami. Po drodze wodospady, strumyczki, a miedzy drzewami wysokie gory. Rzeka Hollyford i wreszcie Alabaster lake i chatka, w ktorej zaleglysmy z zamiarem zanocowania, kiedy to pojawil sie mysliwy czy traper i zaproponowal podwiezienie mala motorowka do nastepnej chatki - nastepnej na trasie Pyke - Big Bay, ktora mialysmy zamiar przejsc ale w obliczu kiepskich prognoz pogody chcialysmy odpuscic, bo trasa trudna, a rzeki nie do przejscia po deszczu. Koniec koncow zabralysmy sie z traperem :-). Jest w okolicy znany i podwozi praktycznie wszystkich, poniewaz trawers jeziora Alabaster jest dla wiekszosci nieosiagalny.












Taka sama trase jak my pokonywala takze sympatyczna para z Christchurch (Bruce zgarnal ich z brzegu jeziora, 5 minut po tym jak postanowili zawrocic; przeszli jednak "Black Swamp", bagno glebokie do pasa, nam ta watpliwa przyjemnosc zostala oszczedzona). Na poczatek trzeba bylo przekroczyc Olivine River w pudelku na stalowej linie... Pozostale 10 rzek do przejscia w brod. Ciezki dzien! Jedne blotniste, inne zwirowe, jedne to tylko strumyki, inne bystre gorskie rzeki. Barrier River zasilana przez lodowce dala sie przejsc, podobnie Pyke, za ktora zabiwakowalysmy zmeczone trudna trasa i padajacym deszczem.














Nastepnego dnia leniuchowalysmy do poludnia i dopiero potem pokonalysmy latwiejszy juz odcinek szlaku. Na deser czekal jednak wiszacy most 3-linowy, przerazajacy, ale jak sie okazalo, do pokonania. Dalej juz tylko chatka, znajomi i spacer po plazy, poniewaz wlasnie doszlysmy nad morze. Meszki straszliwe.













W nocy sporo padalo, ale strumien, ktory mialysmy pokonac idac plaza nie byl gleboki. Piekny odcinek! Big Bay najbardziej mi sie z calej trasy podobala. Skaly, odglos rozbijajacych sie fal i foki. No a potem chatka, w ostatniej chwili przed przyplywem. Nastepnie wielkie suszenie, poniewaz po drodze okrutnie lalo.










Po wielkim deszczu zazwyczaj nastaje piekna pogoda, tak tez bylo i tym razem. Bardzo sie cieszylysmy, bo trafila nam sie akurat na wedrowke wzdluz jeziora McKerrow. Pieknie bylo! Gdyby nie meszki spedzilybysmy na plazy duzo wiecej czasu. Chatka wsrod drzew stala sie moja ulubiona na szlaku.











Rano kolejnego dnia pozegnalysmy Ellen i Olivera, ktorzy szli z nami rownolegle - chcieli troche przyspieszyc. My z kolei przeciagalysmy nasza wedrowke jak sie dalo. Pogoda znowu nastala deszczowa, szlak wiodl po sliskich kamieniach, a po drodze kilka 3-linowych mostow. Te krotkie sa ok, ale dlugie na srodku mocno sie ruszaja i adrenaliny w krwioobiegu nie brakuje. Na koniec chatka.







Pogoda jak to w Fiordlandzie nie chciala sie poprawic... Padajacy noca deszcz w dzien takze pokrapywal i las ociekal deszczem. Troche nam sie dluzylo, ale wreszcie dotarlysmy do miejsca, w ktorym Pyke River wplywa do Hollyford i do znanej nam juz wypasionej chatki nad jeziorem Alabaster. Tym samym zakonczylysmy przygode z trudniejszymi odcinkami i do pokonania zostala tylko ceprostrada. Relaks!







Annette rankiem wyszla w deszczu, a ja relaksowalam sie dluzej i mialam juz lepsza pogode. Udalo mi sie wypatrzyc kormorana nad wodospadem i lodowce w oddali. Sciezka niezwykle przyjemna dla ciala i umyslu :-)




Niestety w chatce zamelinowali sie miejscowi, ktorzy przyplyneli motorowkami z zapasem piwa. Czesto sie to niestety zdarza w nowozelandzkich chatkach. Faceci zabieraja ze soba dzieci, takze zajmuja cala chatke i maja w nosie wedrowcow. Spalam zatem na zewnatrz (pod dachem, oczywiscie lalo), a para ktora nadeszla wieczorem z przeciwnego kierunku postanowila przejsc etap do nastepnej chatki, bo towarzystwo bylo nieznosne. Annette zalapala sie na przejazdzke motorowka, ja nie mialam najmniejszej ochoty.




Pogoda wyklarowala sie dopiero przed poludniem. Rzeki mocno wezbraly i wodospady byly imponujace. Zobaczylysmy to, co umknelo nam podczas wedrowki po ciemku. No i na tym zakonczylysmy wycieczke :-)




Mialysmy jednak jeszcze jedzenie, wiec zaliczylysmy dwie jednodniowki. Najpierw udalysmy sie autostopem do szlaku do jeziora Marion. Tam tez zabiwakowalysmy, ale bylo po raz kolejny okrutnie zimno, okolo zera. O wschodzie slonca na szczytach gor alpine glow!






Nastepna wycieczka to Gertrude Saddle, wyruszylysmy jak juz bylo cieplo i powoli pielysmy sie po skalach. Niezla zabawa! Przy zlej pogodzie jednak kiepski pomysl. Widok niesamowity, z jednej strony dolina i jeziorko, a z drugiej gleboki fiord i Milford Sound. Warto bylo!



 
 




Chcialysmy jeszcze przejechac sie do Milford Sound, ale bylo juz za pozno i nikt w tamta strone nie jechal. Udalysmy sie zatem do Te Anau na zasluzony wypoczynek. Fajnie bylo zobaczyc Fiordland, ktory Te Araroa omija (slusznie, strasznie duzo deszczu i warunki na szlakach bardzo zalezne od pogody). Zostalo mi jeszcze nieco ponad dwa tygodnie do powrotu, ale jeszcze nie wiem co bede robic. W planie jaskinia i moze jeszcze jakas mala wedrowka, musze jednak miec na uwadze, ze do Auckland kawal drogi :-)