poniedziałek, 13 lutego 2017

Szlak Nadmorski E9 zimą (Władysławowo - Świnoujście)

Na długiej liście czerwonych szlaków szukałam takiego, który przyjemnie byłoby przejść zimą - w rejonie cywilizowanym i bez brnięcia przez śniegi. Po namyśle wybrałam Szlak Nadmorski Bałtycki o długości 378 km, ponieważ jednak szlak ten zaczyna się w Żarnowcu, a to wydało mi się bez sensu, dodałam jeszcze ok 40 km z Władysławowa: połowę niebieskiego Szlaku Nadmorskiego Zatokowego (drugą połowę biegnącą przez Półwysep Helski przeszłam dwa lata temu) oraz krótki odcinek zielonego Szlaku Puszczy Darżlubskiej. Cała moja trasa wiodła europejskim szlakiem długodystansowym E9 i wyniosła około 410 km (z dziennych dystansów wychodzi 415, ale na skutek zmian przebiegu szlaku trasa jest w rzeczywistości krótsza). Przejście zajęło mi 14 dni - 30 km dziennie to jak dla mnie świetny wynik :-). Ani razu nie spałam w namiocie, korzystając z gościnności mieszkańców Pomorza :-)

Dzień 1
Władysławowo - Krokowa
28,5 km

Tuż po 8 rano 20 stycznia stanęłam pod dworcem PKP w Władysławowie. Pogoda nie zachęcała - siąpił drobny deszcz, niebo było zachmurzone, a dodatnia temperatura sprawiła, że śnieg zamienił się w mokrą breję, w której brnęłam przez cały dzień. 



Spory odcinek szlaku biegł plażą, nad którą górowały porośnięte lasem klify. Niedługo pojawił się nowy betonowy falochron, a potem szlak odbił w górę i musiałam wciągać się po barierce na stromej ścieżce, bo ta była zalodzona.












Zaliczyłam latarnię morską na Rozewiu (i najdalej na północ wysunięty punkt Polski), potem przeszłam przez Jastrzębią Górę, która przy parszywej pogodzie robiła naprawdę przygnębiające wrażenie.





Za Jastrzębią Górą szlak najpierw prowadził lasami, by potem wyjść na łąki, od których ciągnęło chłodem. Z Rezerwatu Bielawa wygryziony został w sposób skandaliczny fragment przeznaczony pod uprawę borówki amerykańskiej.






 
W ostatniej chwili przegapiłam skręt i zabrnęłam głęboko w pola, z których musiałam się wrócić. Na właściwej polnej drodze zalegał śnieg do kolan, w którym się zapadałam, ale nie był to na szczęście  długi odcinek. Do Krokowej nie było daleko, a ponieważ od kolegi wiedziałam już gdzie znajdują się szlakowe kropki nie musiałam tracić czasu na ich szukanie. Pierwszego dnia szłam na lekko i nie szukałam też noclegu - wsiadłam w autobus, który zawiózł mnie do Wejherowa, gdzie przesiadłam się na SKM i wróciłam na noc do Gdyni.
 







 

Dzień 2
Krokowa - Lubiatowo
26 km

Rano było jeszcze kompletnie ciemno kiedy udałam się w drogę powrotną do Krokowej. Już z pełnym wyposażeniem i przyciężkim plecakiem ruszyłam po 9 rano na zachód zielonym Szlakiem Puszczy Darżlubskiej. Dzień był szary i ponury, ale już nie padało. Za Krokową weszłam w las, w którym zalegało jeszcze sporo śniegu, a na drodze lód. Leśne mchy były nasiąknięte wilgocią. Wśród nich krył się Diabelski Kamień, spory granitowy głaz polodowcowy, a obok mała wiatka. Potem znów pola, przez które doszłam do Żarnowca, gdzie początek ma czerwony Szlak Nadmorski Bałtycki. Co ciekawe, na dwóch słupach były dwie czerwone kropki szlakowe.








 
Łąki i pola towarzyszyły mi jeszcze długo, aż do rzeki Piaśnicy, nad którą przełożono ładny mostek. Na Piaśnicy przebiegała przed II wojną światową granica między Polską, a Niemcami. Jak to zazwyczaj bywa na granicy zmienił się krajobraz - odtąd długo wędrowałam nadmorskimi borami. Bory były podmokłe, a na drodze byłoby mnóstwo wody, teraz była ona jednak zamarznięta i słyszałam tylko chrzęszczenie pękających tafli pod nogami.
 








 
Minęłam Białogórę i pociągnęłam dalej, ponieważ było jeszcze wcześnie. Trafiłam na ładny rezerwat z potężnymi bukami na wydmach, a potem jeszcze więcej i więcej cichego i pustego lasu, w którym nikogo nie spotkałam. Podobno są tam wilki, ale nie udało mi się zobaczyć nawet śladów. Opuszczona stanica harcerska nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, toteż kontynuowałam marsz i zatrzymałam się dopiero na skraju Lubiatowa, gdzie była leśniczówka, w której spędziłam noc (dziękuję za okazaną życzliwość :-)).
 





Dzień 3
Lubiatowo - Łeba
32 km

Następnego dnia planowałam długi dystans, toteż wstałam wcześnie i wcześnie ruszyłam - o 7:50! Co jednak zyskałam prędko straciłam, ponieważ poszedł za mną pies z leśniczówki, a przecież nie mogłam go zabrać ze sobą do Świnoujścia. W końcu udało mi się znaleźć we wsi kogoś, kto psa zatrzymał.

Za Lubiatowem szlak skierował się na plażę, na której widać było skutki niedawnego huraganu: morze podmyło brzeg, na plaży i w lesie zalegało sporo wiatrołomów. Plażą szło się fajnie, tylko trochę wiało.
 






  
Z plaży szlak skręcił niebawem do lasu, ale biegł jeszcze długo wzdłuż morza, aż oddalił się wgłąb lądu w kierunku latarni morskiej Stilo. Niestety brama była zamknięta. Z lasu wyszłam na łąki i dalej brukowaną drogą skierowałam się do Ulinii, a potem asfaltem do Sarbska i znowu w las. Pomiędzy drzewami przezierały widoki na Jezioro Sarbsko. Był to bardzo ładny odcinek, dopiero w okolicach Nowęcina droga zaczęła mi się dłużyć.
 
 













 
Dojście do Łeby było niezbyt ładne - z podmokłych łąk wyrastały domy, wszystko było szare, zmarznięte. Do miasta szlak szedł nad Kanałem Chełst. Kiedy dotarłam na miejsce właśnie zmierzchało, jeszcze szybka wizyta w Żabce i pędem na PKP, gdzie umówiłam się z nowymi znajomymi, Leszkiem i Martą, którzy zorganizowali mi wspaniały nocleg w porcie - dziękuję i pozdrawiam :-)
 





Dzień 4
Łeba - Czołpino
23 km

Jakoś po 8 rano rozpoczęłam kolejny dzień wędrówki. Przekroczyłam rzekę Łebę i granicę Słowińskiego Parku Narodowego. Nie mogłam sobie odmówić wizyty na wieży widokowej i pomoście - we mgle wszystko wyglądało jak namalowane. Chyba zaczęłam za ostro, bo ni z tego ni z owego zaczęło mnie boleć kolano w innym miejscu niż zwykle, ale pomogło mi wdrapanie się na Wydmę Łącką. Potem długo szłam plażą, na której spotkałam rowerzystę, strażnika i samochód SPN. Wiało trochę i było mi zimno, pewnie z powodu przeziębienia, ale nie chciało mi się przystawać żeby się ubrać.
 







  


  



 
Plażę opuściłam żeby przejść kolejną Wydmę - Czołpińską. Niedaleko jest latarnia morska, ale szlak z jakiegoś powodu do niej nie dochodzi. Zamiast tego idzie ładnym sosnowym lasem. Nie miałam najmniejszej ochoty ryzykować spania pod parkową wiatą (inna rzecz, że wiaty te nie są specjalnie noclegowe), więc kiedy w Czołpinie trafiłam na kolejny pojazd pracowników SPN poprosiłam o podwózkę do Smołdzina, gdzie mieści się Dyrekcja SPN. Postarałam się wcześniej żeby się mnie spodziewano, więc tym łatwiej udało mi się zrobić dobre wrażenie i uzyskać pomoc w znalezieniu noclegu :-)
 





Przez cały dzień czułam się kiepsko, ale nie miałam oczywiście zamiaru się poddawać z powodu byle bronchitu, więc po prostu przyjęłam do wiadomości, że katar ustąpi pewnie dopiero w Świnoujściu (i tak też się stało).
 

Dzień 5
Czołpino - Ustka
36,2 km

Spałam 12 godzin, a rano wróciłam do Czołpina z sympatycznym strażnikiem i ruszyłam od razu sprężystym krokiem, bo planowany dystans był niemały. Zachodnia część Słowińskiego Parku Narodowego bardzo mi się podobała - po drodze było kilka jezior z pomostami widokowymi i oczywiście żywego ducha w mglistym, cichym lesie. Park opuściłam w Rowach, przeszłam przez most na Łupawie i zjadłam drugie śniadanie w sklepie.
 




  







 
Później szlak wrócił do lasu i trzymał się blisko morza. Tym razem las był bukowy, a brzeg wysoki, więc oferował niezłe widoki. Czas mijał, w oddali dostrzegłam port w Ustce, ale w Orzechowie zaczęłam tracić nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek tam dojdę. Na szczęście pocieszył mnie kolega z NGT Tomek, który  mnie do siebie zaprosił i już na mnie czekał. Musiałam jeszcze obejść całe miasto, bo szlak zaliczał port i latarnię i już w zupełnej ciemności dotarłam do Tomka i jego znakomitego spaghetti :-)
 














Dzień 6
Ustka - Jezierzany
33,5 km (w rzeczywistości mniej - zmiana przebiegu szlaku)

Z Ustki szlak skręcił w malowniczy Rezerwat Doliny Słupi, szkoda że ten odcinek był taki krótki. Dalej były okropnie błotniste drogi gruntowe i dopiero później asfalt, ogromnie duża ilość asfaltu, która była niespodzianką, bo według mapy szlak szedł dalej polami, jednak zmieniono jego przebieg na wspólny z rowerowym R10 - polne drogi już nawet nie istnieją. Na granicy miejscowości Zaleskie i Złakowo przekroczyłam granicę województw - pożegnałam Pomorskie i przywitałam Zachodniopomorskie. Zachodniopomorskie niestety nie miało tablicy.
 









 
Kiedy odpoczywałam pod obszerną betonową wiatą przystankową zaczął padać drobny deszcz, bardziej mżawka, na szczęście po godzinie czy dwóch przestało padać. Po 15 byłam w Łącku, gdzie obejrzałam kościół z XIII wieku. Proboszcz mnie nie przyjął, więc poszłam dalej do Jezierzan. Tam przygarnęła mnie bardzo sympatyczna pani latem oferująca noclegi nad Jeziorem Wicko. Pogadałyśmy, obejrzałam "Klan" i  padłam spać.
 








Dzień 7
Jezierzany - Darłowo
22,1 km

Do pobliskiego Jarosławca dotarłam akurat na poprawiny po śniadaniu, właściciel sklepu spożywczego rozpoznał we mnie prawdziwego wędrowca :-). Kolejna latarnia morska, a potem beznadziejnie długi pas startowy. Potem gruntowo-betonowa droga przez las i miejsowość Wicko, w której uwieczniłam pamiątkowy kamień wyznaczający środek polskiego wybrzeża.
 








 
Plaża była bardzo blisko od szlaku, więc zajrzałam na tam i kiedy tak patrzyłam na fale z wody wynurzyła się foka. Na zdjęciu oczywiście nic nie widać, ale to niewątpliwie foka :-) Dalej był nie aż tak brzydki jak się spodziewałam wał umacniający mierzeję, a w międzyczasie przerdzewiały mostek, który chyba niedługo zostanie zastąpiony nowym.
 
 







Następną miejscowością było Darłówko, które prawie niepostrzeżenie przeszło w Darłowo. To miasto najbardziej mi się podobało na szlaku, było najbardziej zabytkowe i pełne ciekawych zakątków, do których należały: katedra, rynek, baszta, zamek Książąt Pomorskich i jeszcze parę innych, których nie widziałam. Zdążyłam nawet pójść na schabowego, po czym spotkałam się z nowymi znajomymi, którzy przygarnęli mnie na noc: Anią, Robertem, Filipem i Bartkiem. Ogromnie miło było mi was poznać, dzięki :-)
 








Dzień 8
Darłowo - Mielno
34 km

W Darłowie znakomicie wypoczęłam! Rano zajrzałam jeszcze na zamek i o mało nie wywinęłam orła na lodzie, bo w nocy się bardzo ochłodziło i wszelkie kałuże pozamarzały. Czekał mnie nudny, ale szybki 10-kilometrowy odcinek asfaltu i robot drogowych do Dąbek. Za nim było już Jezioro Bukowo, szlak biegł mierzeją odgradzającą je od morza. Aż do kanału była utwardzona nawierzchnia, ale za nim znaki kazały mi skręcić na plażę (na mapie cały czas jest droga, ale podobno nie istnieje), z której zeszłam dopiero w Łazach. Plaża była pusta i piękna, a słońce grzało tak, że musiałam zdjąć bluzę. Trafiłam też na martwy las - morze wymyło piasek i ukazały się pnie drzew, które rosły 3 tysiące lat temu głęboko poniżej obecnego lasu.
 


















Od Łazów do Mielna był cały czas asfalt ścieżki rowerowej i miejski chodnik, po drodze zaś Kanał Jamneński. Kierowca taksówki zatrzymał się i zaproponował podwiezienie, ale bohatersko odmówiłam. Tuż przed zapadnięciem zmroku doszłam do Mielna, skąd odebrał mnie tata kolegi, który magicznym sposobem ciągle wynajdywał dla mnie życzliwych ludzi, którzy ratowali mnie przed spaniem w namiocie na zamrożonych bagnach. Noc spędziłam u jego rodziców, pożywiwszy się wspaniałą zupą z dorsza. Dziękuję!



  




Dzień 9
Mielno - Kołobrzeg
35,6 km

Noc znów była mroźna, a poranek słoneczny. Po obfitym śniadaniu złożonym między innymi z jajecznicy zostałam z powrotem odwieziona do Mielna (dziękuję!). Minęłam 16ty południk, w Chłopach i Sarbinowo, a w Gąskach (latarnia morska i liczne objawy sprzeciwu mieszkańców wobec planowanej budowy elektrowni atomowej) spotkałam rowerzystę, który był z Kołobrzegu, a na kurtce miał naszywkę NGT. Tak poznałam Tomka, który przygarnął mnie na nocleg tego dnia - akurat nie miałam żadnego pomysłu na Kołobrzeg, więc spadł mi z nieba. W okolicach Pleśnej źle skręciłam, ale zaraz znalazłam szlak. W ciemnym lesie pomimo słonecznej pogody było bardzo chłodno.
 










W Ustroniu Morskim nie mogłam już znieść tego, że szlak stara się odebrać mi każdy widok na morze i zeszłam na promenadę, którą wiódł szlak niebieski. Na szczęście po chwili czerwony do niego dołączył - okazało się, że zmieniono jego przebieg na rozsądniejszy. Do samego Kołobrzegu prowadziła wygodna ścieżka rowerowa, na której pod koniec był ładny mostek i mnóstwo widoków na morze i zamarznięte mokradła. Słońce już gasło... A ja nie musiałam się martwić gdzie wyląduję - do ciepłego kąta musiałam jeszcze tylko nadłożyć kilometr :-)










Dzień10
Kołobrzeg - Mrzeżyno
31,3 km (mniej - zmiana przebiegu)

Tomek jeszcze mnie rano porządnie nakarmił, więc ruszyłam raźno dalej na zachód. W Kołobrzegu na szlaku było kilka atrakcji: latarnia morska, port i słonege źródełko - już w VII wieku zajmowano się tu warzeniem soli na eksport. Sprawdziłam, woda była bardzo słona. Był też jedyny na całej trasie szlakowskaz E9 informujący o odległości do celu położonego poza granicami naszego kraju - dawniej E9 kończył się w Breście. Teraz prowadzi jeszcze dalej, ale 4626 km to i tak całkiem dużo.
 











 
W Dźwirzynie według mapy powinnam skręcić i obejść Jezioro Resko Przymorskie, ale czerwone znaki na nowych latarniach prowadziły wspólnie z czarnym szlakiem. Niestety tylko do granicy gminy, bo skończyły się zaraz za mostem na Kanale Resko. Zmieniono przebieg szlaku, ale nikt nie był łaskaw zadbać o kontynuację w powiecie gryfickim. Z tego względu na znaki czerwone trafiłam dopiero następnego dnia, a tymczasem podążałam przez Rogowo wzdłuż głównej drogi do Mrzeżyna. Skoro i tak znaków czerwonych nie było za Rogowem zeszłam na plażę, chcąc sobie poprawić humor widokiem morza. Było warto - w sosnowym lesie promienie słońca przebijały się przez korony drzew, a niewysokie wydmy graniczyły z ładną plażą.
 








 
W Mrzeżynie byłam już umówiona na nocleg w OSP (mają pokoje gościnne) - dzięki!
 




Dzień 11
Mrzeżyno - Niechorze
32,2 km

Choć według Wikipedii Szlak Nadmorski prowadzi przez Mrzeżyno czerwonych znaków tam nie znalazłam... Pojawiły się w Robach, na starym przebiegu. Tego dnia musiałam zatoczyć wielki łuk, omijając poligony. Aż do Trzebiatowa trasa była bardzo malownicza, szłam przez rozległe połacie łąk, z których zrywały się gęsi i czmychały sarny. 
 









 
Trzebiatów okazał sie bardzo ładny, miał mały rynek z ratuszem,  XIV wieczny kościół  ze starymi płytami nagrobnymi i ceglane mury miejskie. Z przyjemnością zatrzymałam się tam na lunch.
 








Wyszłam z miasta, przekroczyłam rzekę Redę, a kłopoty zaczęły się... za granicą gminy! Znaki zupełnie zniknęły, chciałam więc iść według mapy. Chciałam skręcić do Sadlna, ale okazało się, że to nie możliwe - weszłam na teren kolejnego poligonu! Znaków nie było, miałam do wyboru pięć dróżek, a przede mną stała tablica: zakaz wstępu, wejście grozi śmiercią. Szybka decyzja - odwrót, to nie może być szlak. Wróciłam na asfaltówkę i przeszłam nią 10 km równolegle do trasy jaką miałam na mapie. Musiałam zacisnąć zęby...  Włodarka. Zapolice. Rogozina. Konarzewo. Uff. W Konarzewie skręciłam żeby dobić do szlaku zielonego i mieć z tego chociaż jakąś przyjemność: Rezerwat Liwia Łuża, otoczone trzcinowiskami jeziorko. Dróżka wokół jeziora była bardzo błotnista... Do niej doszedł wreszcie skądś czerwony szlak. Więc jednak gdzieś tam był.
 








 
Jak tylko doszłam do Niechorza zaczął padać deszcz. Perspektywy noclegowe z początku wydawały się marne, ale pomógł strażak z Mrzeżyna i znaleźli się bardzo mili ludzie którzy mnie zaprosili, latem prowadzą camping Pomona. Wsunęłam poczęstunek złożony z pomidorowej i pierogów, a w perspektywie było jeszcze śniadanie: jajecznica na boczku.

Dzień 12
Niechorze - Międzywodzie
27 km

Nocą deszcz ustał i rano był tylko problem z gołoledzią. Szlak skończył zwiedzanie Niechorza na latarni morskiej, po czym oddalił się w kierunku kolejnych miejscowości: Rewala, Trzęsacza, Pustkowa i Pobierowa. W Trzęsaczu nad urwiskiem są resztki ruin średniowiecznego kościoła, przebiega też 15 południk (tylko Pustynia Namib wydaje się być poza moim zasięgiem, na Etnie i w Ostersundzie już byłam), w Pustkowie replika krzyża z Giewontu, w Pobierowie sklep, w którym poczęstowano mnie herbatą :-)
 










 
W Dziwnowie przeszłam most na Dziwnie, opuszczając stały ląd. Na Wolinie poczułam się bardzo dziwnie zewsząd otoczona wodą. Szlak poprowadził mnie nad starorzecze Dziwny, tylko wąski pasm wydm odcinał je od morza.
 









 
Znalezienie noclegu w Międzywodziu graniczyło z cudem. Żałowałam, że nie rozbiłam się w lesie, kiedy nikt nie otwierał mi drzwi, ani na probostwie, ani w pensjonatach. W końcu zlitowała się nade mną pani sklepowa, ale musiałam do 21 czekać aż skończy pracę. Czekałam w pobliskim ośrodku rehabilitacyjnym, gdzie było ciepło i mieli wifi.
 


Dzień 13
Międzywodzie - Międzyzdroje
26,5 km

Dzień 13 okazał się jak najzupełniej szczęśliwy. Od rana świeciło zamglone słońce, a ja miałam do pokonania najpiękniejszy odcinek na całej trasie - Woliński Park Narodowy. Zanim tam dotarłam musiałam oczywiście przespacerować się asfaltem... Kiedy już znalazłam się w lesie łatwo odgadłam przebieg granicy parku - las pod ochroną był świetlisty i pełen okazałych buków. Szkoda, że wszystkie lasy na Wolinie nie są objęte ochroną.
 





W przeciwieństwie do reszty wybrzeża na Wolinie zalegała jeszcze spora ilość śniegu, który chrzęścił pod stopami. Poczułam się tam jak średniowieczny łowca, na ścieżkach nie było śladów opon, panowała cisza. Nagle zauważyłam przed sobą jakiś ruch - stado jeleni! Zatrzymywałam się co chwilę żeby nacieszyć się leśną atmosferą. Dodatkowy postój zrobiłam przy latarni morskiej Kikut.











Na skraju lasu, który kończył się na plaży spotkałam strażnika, którego zapytałam kiedy zamykają Dyrekcję (o 15). Strażnik nie wróżył mi powodzenia, najwyraźniej zupełnie nie wierzył w moje możliwości. Na plażę prowadziły zamknięte schodki, ale bez problemu po nich zlazłam. Widok jaki się przede mną otworzył niewiele się zmienił od czasów Wikingów, tyle tylko że morze wygryzło pewnie kawał klifu.
 




  





 
W każdym miejscu plaża wyglądała inaczej, zrobiłam więc niezliczoną ilość zdjęć. Myślami byłam wciąż w dawnych wiekach. Chwilę poświęciłam na studiowanie pofałdowanych osadów widocznych na ścianie klifu.
 



Ten odcinek sprawił mi wiele radości, plaża była pusta i piękna, częściowo kamienista, a nade mną górowały najwyższe w całej Polsce klify. Im blizej Międzyzdrojów tym więcej pojawiało się ludzi, wszyscy bez wyjątku mówili po niemiecku. Miasto rozpoznałam z daleka po wysuniętym wgłąb morza molo.
 











 
Skręciłam z plaży do miasta i popędziłam do Dyrekcji, gdzie udało mi się dojść 15 minut przed zamknięciem. Dyrekcja Wolińskiego Parku Narodowego okazała się być również bardzo pomocna w znalezieniu noclegu :-)Tym sposobem miałam da siebie jeszcze całe popołudnie. Postanowiłam wrócić do centrum i wejść na molo, bo następna okazja trafi się pewnie nieprędko. Mój wysiłek został nagrodzony cudownym zachodem słońca :-) Międzyzdroje to prawdziwy kurort i jako taki bardzo mi się podobał. 
 










Dzień 14
Międzyzdroje - Świnoujście    
27 km

Ostatni dzień wędrówki rozpoczęłam jak zazwyczaj, nie za wcześnie, o 8:40. Znów było pochmurno i surowo. Długo szłam przez las wzdłuż linii wysokiego napięcia, dopiero po kilku kilometrach szlak zbliżył się do Zatoki Szczecińskiej, zahaczając o teren WPN. Niestety nie było tam żadnego pomostu widokowego, więc mogłam tylko z oddali popatrzeć na pas trzcin. W Przytorze było widać trochę wody, ale byłam rozczarowana. Dalej nie było już nic specjalnie ciekawego. Trochę lasu i zabudowania Świnoujścia. 
 











 
Świnoujście to jednak jeszcze nie koniec - musiałam przeprawić się promem Bielikiem na Wyspę Uznam, na której znajduje się bardziej reprezentacyjna część miasta. Przebieg szlaku był naturalnie tak okrężny jak się tylko dało: miałam okazję obejrzeć port, latarnię, pruskie ceglane forty, zajrzałam na plażę z charakterystycznym wiatrakiem i przeszłam cały bulwar. Na kilometr przed końcem nadłożyłam drogi, kierując się błędnymi znakami. Każą one skręcić z bulwaru, podczas kiedy należy tylko zmienić stronę i iść cały czas prosto. Pobłądzenie zmąciło trochę moją radość z tryumfu... Radość wróciła kiedy zbliżyłam się do granicy i dostrzegłam ostatni czerwony znak oraz kończącą go kropkę. Znajduje się ona na ostatnim polskim przydrożnym drzewie. Do granicy pozostało jeszcze kilka metrów. Przed granicą stała tablica informująca o przebiegu tędy szlaku E9 (w rzeczywistości E9 w Polsce ma ponad 700 km, nie wiem skąd PTTK wzięło 520).
 
















 
 
Przeszłam się jeszcze kawałek wgłąb Republiki Federalnej Niemiec, nie mogłam się oprzeć. Pewnym rozczarowaniem jest brak jakiejkolwiek informacji na temat E9 po stronie niemieckiej. Nie znalazłam żadnej tabliczki ani żadnego znaku szlaku, choć według mapy na granicy powinien rozpoczynać się jakiś szlak niebieski.

Do przebytego dystansu musiałam jeszcze dołożyć 3 km żeby wrócić nad Świnę i przepłynąć Bielikiem na wolińską stronę Świnoujścia. Akurat zdążyłam na pociąg do Szczecina, a w Szczecinie czekał już na mnie wygodny tapczan u Kasi z Kwarka Następnego dnia odbyło się wielkie zwiedzanie i mierzenie oraz odbiór osobisty :-) Dzięki za ugoszczenie i oprowadzenie, było mi bardzo miło, tylko byłam trochę śnięta :-)

Tak wygląda E9 na Wikipedii, ale nie w rzeczywistości. To jest tylko plan na przyszłość. Sam szlak dookoła Bretanii ma 1600 km :-) Znakowania w większości brak, polska część jest pod tym względem wyjątkowa. Byłam w Normandii, Bretanii i w Breście i żadnych znaków E9 tam nie widziałam :-)
 


 
Podsumowanie
 
 
W relacji oglądacie to, co było ładne i warte zapamiętania. Najbardziej podobały mi się parki narodowe i rezerwaty oraz poniemiecka architektura, choć jest ona bardzo zaniedbana. To, czego nie sportretowałam to inna bajka. Ciągnące się w nieskończoność asfaltowe drogi i ścieżki rowerowe, opustoszałe miejscowości letniskowe, obnażona przez zimę brzydota chaotycznej, prowizorycznej zabudowy, pustostany i murszejące domki campingowe, nudne lasy gospodarcze. Nie żałuję, plan zrealizowałam i jestem zadowolona, a kiedy patrzę na zdjęcia widzę, że było całkiem ładnie, ale nie każdemu bym ten szlak poleciła. Trzeba być bardzo upartym żeby wędrować tak nudną i beznadziejną trasą :-) Zaplanowałam to przejście jako treningowe i trening był, zwłaszcza mentalny.

Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli po drodze, przenocowali i nakarmili, a w szczególności koledze Urbanowi, który znalazł dla mnie tylu nowych znajomych. Bez świadomości, że wieczorem czeka na mnie ciepły i suchy kąt byłoby mi trudno wytrwać :-)  
 
Szlak jest bardzo dobrze oznakowany, tylko w kilku miejscach miałam wątpliwości, dwa razy musiałam się wracać (na szlaku niebieskim przed Krokową, bo nie zauważyłam skrętu i na szlaku czerwonym w Świnoujściu z powodu błędnego oznakowania).

Z powodu problemów z kontynuowaniem się szlaku w różnych gminach przyjęłam przebieg szlaku taki jak na Wikipedii. Rozpiska bardzo pomogła mi w planowaniu dziennych przebiegów https://pl.wikipedia.org/wiki/Szlak_Nadmorski Dystanse wpisałam na oko lub przepisałam z Wikipedii więc mogą nie być dokładne.

 
Gdybym kiedyś postanowiła jeszcze raz przemierzyć wybrzeże poszłabym plażą, choć nie podoba mi się masowa popularność tej trasy i ilość ludzi, którzy chodzą wybrzeżem "charytatywnie". Ta wersja jest aż o 100 km krótsza od mojej. W sezonie zimowym można uniknąć tłumów na plażach, utrudnieniem jest za to krótki dzień: na południu Polski w styczniu dzień trwa o ponad pół godziny dłużej niż na północy. Morski klimat z jednej strony łagodny, z drugiej surowy, niewątpliwie jednak wybrzeże jest najcieplejszym miejscem, w jakie można się u nas wybrać zimą.

Na koniec coś o sprzęcie. Bazowo spakowałam się w 7kg, do tego na początku aż 1400 g jedzenia (zapas domowych ciastek szybko się skurczył) i oczywiście około 1l płynów. Niosłam cały zimowy zestaw biwakowy, jak się okazało niepotrzebny był namiot i puchowe spodnie z botkami. Śpiwór, materac i puchowa kurtka były potrzebne, kuchenki też użyłam. 
 
Temperatury miałam od -5 do +3, w pierwszy dzień +5. Zimno nad morzem jest rzeczywiście przenikliwe, więc byłam ubrana cieplej niż zwykle: wełniana bielizna, a pod wiatrówką wełniana bluza. Pierwszy raz w życiu chodziłam w buffie! Ładnie się komponował ze znakami Pomorskiej Drogi Świętego Jakuba (nota bene w dużej mierze wspólnej z E9).
 
 

Zabrałam nowe buty - nową zimową wersję moich ulubionych butów do biegania: Altra Lone Peak 3.0 Neoshell Mid. Buty z membraną, powyżej kostki, brzmią jakby zupełnie nie były w moim stylu. Membrana jednak była tym czego chciałam: oczywiście nie zapewnia wodoodporności, ale zabezpiecza przed nieograniczonym wlewaniem się zimnej wody do butów. Tuż przed Kołobrzegiem nadziałam się na wystający z ziemi gruby drut i rozdarłam membranę, będę próbować ją załatać. Wyższa cholewka ma tą samą funkcję, ale nie było mi z nią wygodnie i sznurowałam je tak jakby były niskie. Altra nie popisała się przy wersji 3.0, zwęziła je i zaopatrzyła w niepotrzebne ogumowania, pasowały na mnie, ponieważ kupiłam najmniejszy rozmiar męski 41. Trochę za duże, ale to nie ma znaczenia w butach do biegania. Na szczęście nadal są zero drop.
 

Choć osobiście konta nie posiadam o moim przejściu można było przeczytać na Facebooku:
u Kwarka przed i po


i na stronie Słowińskiego Parku Narodowego w trakcie (z literówką w nazwisku) :-)

8 komentarzy:

  1. Ładny nadmorski spacerek do Kwarka ;) , czekamy na filmik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, filmik będzie w przyszłym tygodniu :-)

      Usuń
  2. Do Krokowej "kropka w kropkę" jak ja w październiku 2016;-) Nawet niektóre zdjęcia zrobione chyba z tych samych miejsc;-) Też mam prawie "zimę", bo ostatnia noc z przymrozkiem i wiatrem, ale takie już uroki NZ;-)
    Pozdrawiam z Kinloch
    Paweł

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle że z góry wiedziałam gdzie jest kropka :-)
      Ciepełka w Greenstone Hut!

      Usuń
  3. Jak zawsze z przyjemnością czytam Twoje relację. Powodzenia w planach na przyszłość.
    Pzdr
    HikingTours

    OdpowiedzUsuń