poniedziałek, 21 sierpnia 2017

USA: Vermont's Long Trail

Long Trail, szlak trawersujacy pasmo Green Mountains, prowadzi przez caly stan Vermont od granicy z Massachusetts do granicy z Kanada w poblizu Montrealu. Ma dlugosc 273 mil i jest najstarszym szlakiem dlugodystansowym w USA. Jego budowe przeprowadzono w latach 1920-1930.

Pierwsze 105 mil tego szlaku przebiega wspolnie z Appalachian Trail i od razu wiedzialam, ze bede chciala dokonczyc Long Trail. O pierwszej czesci mozecie przeczytac tutaj.

8 sierpnia rano stanelam znow w miejscu, w ktorym AT i LT sie rodzielaja, czyli Maine Junction. Tym razem skrecilam w lewo! Jaka to byla radosc znow byc na szlaku i podazac za bialymi znakami!






Od razu na poczatku spotkalam moje dawne znajome - pomaranczowe salamandry. Na polnocy ich nie bylo.



Zielen tutaj takze bardziej intensywna niz na polnocy, kwiaty i letnie owoce, na ktore sie rzucilam. Rosna tutaj dwa gatunki malin, jedne takie jak u nas, a drugie kwitnace na rozowo, o owocach mniej soczystych, bardziej zwartych i plaskich.










W pierwszej wiacie od razu wpisalam sie do ksiegi gosci, pierwszy dzien byl bardzo przyjemny, nic trudnego, co prawda zadnych widokow, ale wieczorem miedzy galeziami mignal zachod slonca.





Wiate mialam cala dla siebie, dwie osoby biwakowaly w poblizu. Poranek byl cieply i parny, taka pogoda miala mi towarzyszyc przez nastepne kilka dni. Z wysokiego klifu roztaczal se ladny widok, ale z powodu parnej pogody widocznosc byla marna.








Tutaj takze rosnie indianska fajka.


Green Mountains,Gory Zielone, sa naprawde zielone! Gesty las porasta cale glowne pasmo i wszystkie sasiednie az po horyzont. Slyna jednak z glebokiego blota zalegajacego na szlaku. To jednak, ktore stawalo mi teraz na przeszkodzie to nic w porownaniu z tym co mnie czekalo dalej!



Mialam wielki zapas jedzenia, wiec celebrowalam przerwy obiadowe :-)




Ta roslina to tutejsza pokrzywa, nie parzy az tak jak nasza.



Wiele gor ma stoki narciarskie i wyciagi, ktore psuja widok. Na laweczkach mozna jednak bylo spoczac podziwiajac lesna panorame.



Kolejna wiata byla troche bardziej zatloczona, poniewaz tego popoludnia przeszla ulewa (oczywiscie zmoklam) i wszystko bylo mokre.


Nazajutrz skalisty wawoz i kolejne nieco metne widoki.









Wieczorem byl jeszcze jeden klif, a za przelecza podejscie - codziennie przechodzilam jakas gleboka przelecz, przez ktora przebiegala droga. Wiele wiat w Green Mountains, a takze prawie wszystkie stare chatki sa platne, wiec musialam ich unikac. Tym razem popelnilam blad i doszlam do takiego platnego biwaku, z ktorego musialam sie wrocic nad najblizszy strumyk zeby zabiwakowac na dziko.





Czekalo mnie kilka wyzszych szczytow i coraz ladniejsze widoki - Mt Abraham, Mt Lincoln i jeszcze jakies.






 

W wyzszych partiach gor sominowal gesty las swierkowy zamiast soczyscie zielonych bukow, od czasu do czasu boczne sciezki prowadzily na widokowe urwiska.



Niektore stoki narciarskie mialy chatki, uzywane zima przez narciarzy, ale pozostawiane otwarte dla letnich wedrowcow. Niestety nie bylo ich na mapach, wiec nie moglam zaplanowac noclegow w ich przytulnych wnetrzach.





Ten widok przypominal mi Beskid Zywiecki w okolicach Rycerzowej i Wielkiej Raczy.



Jednak zaraz kolejne skaly, klamry i korzenie przypomnialy mi, gdzie jestem. Appalachy jednak roznia sie znaczaco od naszych Beskidow!







Wielkie glazy poodrywaly sie od gor i w niektorych miejscach utworzyly nawet jaskinie - przez taka szczeline prowadzil skrot do wiaty.





Kolejne widoki i mnostwo stromych odcinkow - widac gdzie jest kolega, a gdzie ja. Ten wedrowiec byl takze doswiadczonym dlugodystansowcem, ucielismy sobie pogawedke i okazalo sie, ze jest jedna z pieciu osob na swiecie, ktore pokonaly North Country Trail (4600 mil od granicy Nowego Jorku i Vermont do Polnonej Dakoty).


Wieczorem nogleg w kolejnej wiacie, w towarzystwie weekendowych wedrowcow.


W nocy padalo i rano bylo bardzo mokro. Szlak prowadzil wciaz przez skaly i wspinal sie prosto pod gore. Erozja na Long Trail jest straszna, ale nikt o to nie dba. Green Mountains Club ma swoje wlasne poglady na to jak powinno sie dbac o szlak...



Gesta i zimna mgla zaslonila mi wszelkie widoki.




W jednej z platnych chatek (wszystko co lepsze zagarnal wspomniany wyzej klub gorski) zatrzymalam sie na krotki odpoczynek. Wnetrze przypominalo troche finskie chatki.



Po poludniu rozpogodzilo sie i znow moglam ogladac widoki na gesta polnocnoamerykanska puszcze. Czekalo mnie jednak strome podejscie po nagich skalach na szczyt Camels Hump.












Szczyt znajdowal sie ponad granica lasu i oferowal swietne widoki, byl wiec oblegany przez jednodniowych turystow. Szybko sie stamtad ewakuowalam.







Zejscie bylo tez dosc ektremalne, ale nie bylo to tez nic takiego czego bym wczesniej nie widziala na Appalachian Trail, takze w miare sprawnie poknalam najstromszy odcinek, a potem juz spokojniej do nastepnej chatki. Na horyzoncie zgromadzily sie ciemne chmury i zaczelo grzmiec, takze podjelam decyzje o pozostaniu pod dachem pomimo ze byla dopiero 17. Tym razem nocowalam pod wiata sama.




 Rano zeszlam w doline, ktora byla najglebsza dolina na szlaku - znadowala sie zeledwie na wysokosci 99 m npm. Mapa podawala wysokosci w metrach, gdyz te rejony sa czesto odwiedzane przez Kanadyjczykow. Duzo jest tez napisow po francusku.






Odcinek drogowy nie byl dlugi, a dalej szlo sie juz lakami. Na jednym z pastwisk ustawione byly letnie kurniki. Przy sciezce rosly pyszne ostrezyny.















Rzeke Winooski pokonalam po wiszacym moscie, a potem zlapalam stopa do niedalekiej miejscowosci Richmond, gdzie zrobilam zakupy i naladowalam baterie, by po poludniu wrocic na szlak.







Na skalach spotkalam sympatycznych wspinaczy. Po wczorajszej burzy niebo stalo sie przejrzyste i wrescie zobaczylam cos na zachodzie - pasmo Adirondacks i wielkie Jezioro Champlain dzielace stany Vermont i Nowy Jork.




Ten odcinek obfitowal w znakomite widoki - odpoczynek zrobilam sobie z widokiem na Mt Mansfield. A najlepszy widok byl z wiaty, ktora wybralam na nocleg. Konstrukcja byla dosyc prowizoryczna, ale zachod, a jeszcze bardziej wschod slonca byly przesliczne. Bylam zupelnia sama.










 
 

Poranek byl bardzo chlodny, ale szybko zrobilo sie cieplo. Niespodziewanie z chaszczy wynurzyla sie moja znajoma - Earlybird. Spotkalysmy sie w White Mountains kiedy ona wlasnie konczyla swoj etap. Mieszka w Vermont i wlasnie wybrala sie na wycieczke. Postanowilysmy wdrapac sie na szczyt Mt Mansfield razem, ale oczywiscie ja zostawalam jak zwykle z tylu. Mt Mansfield to najwyzszy szczyt Green Mountains i stanu Vermont. Oczywiscie podejscie bylo skaliste i strome, urozmaicone drabinami. Tym razem mialam kogos do pomocy w fotografowaniu :-)











Widoki byly super i zrobilysmy sobie przerwe na pierwszym ze szczytow. Earlybird musiala juz stamtad zawrocic zeby zdazyc nastepnego dnia do pracy. Miala ze soba Alfreda, pluszowa sowe. Earlybird i Alfred przeszli juz wspolnie Pacific Crest Trail i Continental Divide Trail. Trzeba przyznac, ze po Alfredzie widac, ze sporo w zyciu przeszedl :-)




W dalsza droge ruszylam juz sama. Grzbiet Mt Mansfield znajdowal sie ponad gorna granica lasu i mozna bylo dojrzec z niego wszystkie odlegle gory - Adirondacks, White Mountains ze szczytem Mount Washington, ktory miesiac wczesniej zdobylam w deszczu i rozne inne masywy.












Zejsciu bylo oczywiscie strome i bardzo dlugie, w kolejna gleboka doline. Przerwa w zabytkowej chatce i dalej w dol.




W cieplym swietle wieczoru przyjemnie sie szlo, podejscie nie dluzylo mi sie bardzo, a zakonczylam je nad gorskim jeziorkiem Sterling Pond. Mialam w planie wspiac sie na nastepny szczyt, na ktorym wiedzialam ze jest narciarska chatka, ale niedaleko stawu byl otwarty budynek zimowej restauracji, wiec tam sie rozlozylam. W srodku bylo cieplo i przytulnie, najlepszy nocleg na szlaku.






Rano kolejne skaly, bo jakze by inaczej? Mialam ich juz serdecznie dosyc.



Chwile zabawilam w chatce, do ktorej nie doszlam poprzedniego wieczora, bardzo wialo.




W dolinie przyjemna niespodzianka - kilkukilometrowy odcinek lesna droga, a dalej sciezka rowerowa, ktora doprowadzila mnie do asfaltu, skad zlapalam stopa do Johnson, typowego vermonckiego malego miasta. Spozywalam jogurt przed supermarketem, kiedy podszedl do mnie sympatyczny gosc i zaproponowal prysznic, widzac ze jestem cala w blocie. On i jego zona czesto biegaja po okolicznych gorach i czasem zgarniaja takich jak ja :-). Andrew odwiozl mnie potem na szlak.





Dosc bylam obladowana po zakupach, ale szlo sie niezle. Przeszlam rzeke Lamoille po moscie, zaliczylam punkt widokowy, a tam... Burza na horyzoncie. Przyspieszylam, do wiaty mialam dwie mile, ale nie dalam rady - 15 minut przed wiata zlapala mnie ulewa i kompletnie przemoklam. Musialam zdjac okulary, bo deszcz je zalewal i nic nie widzialam, a szlakiem plynela rwaca rzeka. Kiedy dotarlam do wiaty okazalo sie, ze dach przecieka... No ale lepsze to niz nic - noca przeszly jeszcze dwie nawalnice.







Jak mokro bylo rano nie musze wspominac... Ale szybko wyszlo slonce. W lesie byly weze, ktore juz dawno widzialam na Appalachian Trail, ale nie wiedzialam do czego sluza - splywa nimi sok z klonow, ktory jest pozyskiwany do produkji syropu klonowego.




Zasluzony odpoczynek w punkcie widokowym sprawil, ze stracilam troche czasu, ale po wczorajszej burzy nalezala mi sie chwila wytchnienia.







Chatka, do ktorej dotarlam mimo wszystko dosc wczesnie okazala sie bardzo przyjemnym schronieniem, ale turysta, ktory juz sie rozlozyl noca strasznie chrapal.


Rano czekala mnie przeprawa przez Devils Gulch, kanion zawalony bulderami podobny do Mahoosuc Notch w Maine, najtrudniejszej mili Appalachian Trail, ale duzo krotszy i latwiejszy. Najfajniejsze bylo przejscie przez jaskinie.




Podejscie na Belvedere Mountain nie bylo takie meczace jak wygladalo na mapie, a na szczycie polozona byla wieza przeciwpozarowa, z ktorej roztaczal sie swietny widok. Bylo jednak odrobine mgliscie, przez co nie bylo dokladnie widac gor New Hampshire i tylko troche Kanade.




Salami z musztarda pieknie sie komponowalo z moja kwarkowa koszulka i czapka :-)




Potem zaczely sie blota... Blota i blota, ktore towarzyszyly mi juz odtad az do konca szlaku. Kladki dawno zmurszaly i musialam sie natrudzic zeby obejsc takie miejsca.





Chwila wytchnienia nad bobrowym stawem.


Znaki ostatnio odswiezane z 50 lat temu...


Wieczorem trafilam do kolejnej przyjemnej chatki. Byl w niej jeden chlopak, ktoremu pomoglam rozniecic male ognisko. Wszystko bylo mokre, ale kora brzozowa i swierkowe patyczki zadzialaly jak zwykle :-)



Rano zaczelo koszmarnie lac i porzucilam plan dojscia do Kanady jeszcze tego dnia. Na Appalachain Trail nie mialam tego typu dylematow, szlam zawsze caly dzien niezaleznie od pogody, ale teraz juz nie musialam i zostalam w lozku do 10. O 11 juz tylko kapalo z drzew.



Bylo oczywiscie potwornie mokro i blotniscie, a we mgle trudno bylo oddychac.



Szczyt Jay Peak, ostatniej wysokiej gory na szlaku znajdowal sie w chmurach. Z tego powodu dopiero na nim odkrylam obecnosc kolejki gondolowej i restauracji. W srodku bylo zupelnie nierealnie - nagle w tym calym nasiaknietym wilgocia lesie byla czysta lazienka, jadalnia i wifi!






Kiedy zeszlam nizej niebo sie oczyscilo, zlote slonce swiecilo miedzy drzewami, bylo znow calkiem ladnie.








Wiata tego wieczora trafila sie dosc nedzna, ale nocleg byl calkiem udany - znow cala noc lalo i grzmialo.


Ostatni poranek na Long Trail znow byl mokry i mglisty. Zostalo mi juz tylko kilka mil. Minelam 45 rownoleznik i wreszcie tablice oznaczajackoniec szlaku. Kilka metrow dalej znajdowala sie granica USA i Kanady. Widac bylo troche kanadyjskiej wsi, a przy slupku granicznym lezala kanadyjska flaga. Znow zaczelo padac, ale mimo to bylam w swietnym humorze, bo bardzo mnie cieszyl final na granicy.








Po paru minutach swietowania zeszlam sciezka prowadzaca do ostatniej chatki (nazywa sie Journey's End, koniec podrozy). Wpisalam sie do ksiegi gosci i zrobilam autostopowy znak, bo mialam w planie jak najszybciej sie stamtad wydostac do cywilizacji i wrocic do przytulnego hostelu w Rutland.




Wrocic jak najszybciej nie bylo tak latwo, musialam zrobil jeszcze kilka mil po gruntowych drogach, az wyladowalam na pustej asfaltowej szosie. Przez godzine przejechalo 10 samochodow... No ale w koncu sie udalo. W piec i pol godziny udalo mi sie dojechac do Rutland. Mialam kilka przystankow w roznych miasteczkach po drodze, a na koniec wspaniale widoki na Adirondacks. Tam planuje sie udac w najblizszym czasie :-)












W hostelu mnostwo hikerow, padl nowy rekord - 64 osoby! Jest to jednak miejsce, w ktorym zawsze przyjma wedrowca. Na kolacje kupilam sobie pieczonego kurczaka. Moje nogi byly cale w blocie, pomimo ze w miedzyczasie plukalam skarpetki w strumieniu. Buty mam jednak tak dziurawe, ze bloto wlewa sie do nich bezposrednio.



Niedziela rozpoczela sie od wspolnego sniadania, a potem postanowilam sprawdzic co slychac w tutejszym katolickim kosciele. Mnostwo ludzi!





Przyjemnie byc znow z innymi hikerami, robia jak zwykle taki sam balagan :-)



Kolejny szlak zaliczony, ale to jeszcze nie koniec, planuje jeszcze troche zwiedzania i kolejne gorskie przejscie - Northville - Placid Trail, trawersujacy masyw Adirondacks. Teraz lece ogladac zacmienie slonca, ktore na poludniu Stanow jest calkowite, a tutaj ledwo bedzie polowa, ale zawsze cos. Do zobaczenia!